Mimo iż najnowszy film Jerzego Skolimowskiego ma w sobie wiele z pseudoartystycznego, europejskiego ścierwa, nieoczekiwanie trzyma w napięciu i intryguje. Co prawda od początku przeczuwałam, że rozwiązanie rozczaruje, niemniej sam seans uznaję za prawie przyjemny ;). Całkowicie przyjemnym obwołać go nie mogę ze względu na wywołujące ataki epilepsji liczne ujęcia kręcone z telefonu, laptopa, czy nawet psiej dupy ;). Nie wiem, czy to producenci próbowali oszczędzić na pracy profesjonalnego kamerzysty czy też pan Jerzy spędził ostatnie 20 lat w tybetańskim klasztorze i myślał, że tworzy coś oryginalnego i nowatorskiego - faktem jest, że to najsłabszy i najbardziej przekombinowany element "11 minut". Mocną stronę stanowi za to aktorstwo, szczególnie kiedy za punkt odniesienia przyjmiemy tępe gęby symulujące umiejętności aktorskie, które wątpliwą przyjemność ma się okazję oglądać przed seansem, podczas gradu trajlerów w stylu "Listy do M." i tym podobnych produkcji - w moim idealnym świecie oznaczonych jako straight to TVN... Widać porządny, charyzmatyczny reżyser potrafi wycisnąć esencję nawet z polskich gwiazd i gwiazdeczek. Także - zauroczenie Skolimowskiego Iñárritu, mimo iż spóźnione o co najmniej epokę, zaowocowało całkiem strawnym jak na polskie warunki filmem. "11 minut" wbrew moim przewidywaniom nie nudzi, nie powoduje zażenowania, a momentami nawet mocno wciąga. Wybaczam pretensjonalność, brak pomysłu na zakończenie i te potworkowe zdjęcia - jak dla mnie wstydu nie ma, seans wchodzi gładko:
7/10.
PS. Żeby była jasność, samego Inarritu przestałam trawić na poziomie "21 gramów" - dla mnie to już zbyt duże natężenie bełkotu ;).
Hej, hej! Ależ dawno mnie tu nie było... Nie będę się tłumaczyć brakiem czasu, bo zdarza mi się godzinami trwonić go gapiąc się w sufit ;) - bardziej dokuczał mi brak weny twórczej. Po niemal każdej wizycie w kinie zasiadałam do komputera, by spłodzić kilka zdań o obejrzanej produkcji, ale wychodziły mi teksty tak sztuczne i banalne, że od razu je kasowałam ;). Ach, ten kryzys artystyczny... Teraz wreszcie udało mi się spłodzić coś, czego nie wstydzę się opublikować (choć gdzie temu tekstowi do moich najlepszych dzieł... ;))- mały TOP 10 ostatnio obejrzanych w kinie premier. A raczej ranking - od totalnych gniotów, po całkiem zacne produkcje. Aby ułatwić Wam poruszanie się po tym poście (ale ja jestem fajna ;)), gnioty oznaczyłam na czerwono, średniaki na niebiesko, a must-seeny na zielono ;) Enjoy! Mam nadzieję, że od teraz będę już pisać regularnie po każdej wizycie w kinie :). TADAM:
10. Absolutely Anything (Czego dusza zapragnie) - angielski tytuł doskonale oddaje, co nie podobało mi się w filmie ;). Nie wiem, czy to ja mam problem z angielskim humorem, czy też autorzy tego filmu, ale faktem jest, że zamiast salw śmiechu podczas seansu towarzyszyły mi naprzemiennie jedynie facepalmy i ciary żenady na plecach. BTW, myślałam, że dowcipy o kupie przestały być modne jakieś dwie dekady temu, ale widać twórcy tego potworka postawili na "retro" inspiracje... Nie śmieszne to wcale.
9. Irrational Man (Nieracjonalny mężczyzna) - wytrwale broniłam wszelkich dziełek, spłodzonych przez Woody'ego Allena w ostatnich latach, ale "Nieracjonalny mężczyzna" nawet dla mnie okazał się nie do przejścia. Zasadniczym problemem tej historii nie są wcale wtórność ani schematyczność (nie mam nic do powielania udanych wzorców ;)), tylko totalnie irytujący bohaterowie, którym życzy się śmierci pod kołami snopowiązałki. Emma Stone jest pretensjonalna i wkurzająca, a snującego dyrdymały na poziomie wczesnego gimnazjum Joaquina Phoenixa ma się ochotę kopnąć glanem w twarz już w jakiejś piątej minucie filmu. Męczarnia i tortura.
'
8. Spectre - nie oczekiwałam po tym filmie gwiazdki z nieba, od dziecka rozumiem, że Bond to kino akcji a nie Dostojewski i już jakiś czas temu pojęłam, że "Casino Royale" był tylko cudownym wypadkiem przy pracy. Powiedzmy, ze przymknę też oko na braki scenariusza, tradycyjne dla bondowskiej serii z dupy motywacje czarnych charakterów, parodiującego samego siebie Christopha Waltza i super-hiper-wcale-nie-przewidywalne twisty fabularne na miarę "Piły". Niestety, mimo tych zabiegów i choćbym nie wiem jak chciała, nie obronię filmu Sama Mendesa, bo "Spectre" wykłada się po całości przede wszystkim tym, że jest ku*ewsko wręcz nuuuuuudny... I tyle. Pościgi nie są pasjonujące, bitki nie podnoszą adrenaliny, wybuchy nie powodują przyspieszonego bicia serca. Seans to jedno wielkie ziew i ile jeszcze do końca... Daje radę tylko Daniel Craig, który choć wyraźnie znudzony rolą, nadal jest po prostu fajnym Bondem i jego cudowna dziewczyna, Léa Seydoux, która postać ma co prawda kiepsko rozpisaną, ale jest zdecydowanie najpiękniejszą kobietą Bonda w historii i jedną z najśliczniejszych istot, jakie kiedykolwiek widziałam w kinie <3 <3 <3 (a kadr z pociągu niosłam parę dni temu do fryzjerki, jęcząc "taką fryzurę chcę mieć na ślubie!!!", więc to jak najbardziej poważna deklaracja ;)).
7. Legend- z tym filmem miałam problem już na etapie trailera - no po prostu nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jakaś zajawka tak zniechęciła mnie do seansu! I cóż - miałam nosa... Największym zgrzytem historii braci Kray jest w moim przekonaniu brat Ron, który wygląda na upośledzonego, a
nie psychicznie chorego. No cóż, wielcy aktorzy wykładali się na rolach
chorych psychicznie i jak dla mnie Tom Hardy także przekroczył tę subtelną granicę dzielącą obłęd i porażenie okołoporodowe ;). Problemem jest niestety też brat Reggie, a w zasadzie totalny brak konsekwencji w budowaniu tej postaci. Przechodzi on z dupy transformację o 180 stopni tak po prostu, ze sceny na scenę, na zasadzie BO TAK.
Zgrzyty pojawiają się też w określeniu konwencji filmu - pierwsza część to jajcarska gangsterska komedia w stylu Guy'a Richie, a potem nagle reżyser zmienia klimat i postanawia iść w tyrający dramat i być jak Martin Scorsese - no ale nie, panie Helgeland, nie wyszło..O zmianie konwencji zapomniano też najwyraźniej poinformować aktorów, którzy nadal grają jak w rasowej komedii. Jakieś plusy? Świetne kostiumy, scenografia, muzyka i
przecudowna postać Frances <i jej sukienki love love love>. W ogóle
wątek romantyczny w pierwszej połowie filmu syci i jest naprawdę słodki, a na to jak beznadziejnie poprowadzono go później spuśćmy zasłonę milczenia.
6. Everest 3d - a to taki typowy średniaczek. Bohaterowie są całkiem przyjemni, akcja zawiązuje się nieśpiesznie, ale zgrabnie, widoki są imponujące (choć 3de ssie i obraz jest cholernie rozmazany), a chłód przeszywa widza aż do szpiku kości. Bardzo fajnym zabiegiem jest odarcie filmu z charakterystycznego dla tego rodzaju produkcji patosu - kolejne postaci giną bezszelestnie, znienacka, ot, tak - co udowadnia, że skała rocks i że z żywiołem nawet najtwardsze chłopaki nie mają szans. Muszę też przyznać, że nie znałam tej historii i bardzo zaskoczył mnie brak happy-endu, który w pewnym momencie (przy scenie pewnego telefonu) wydawał mi się nieuchronny (chciałam napisać, że stawiam za to duży plusik, no ale ci ludzie zginęli naprawdę, więc w porę gryzę się w język ;)). Nie wystawiam filmowi wyższej oceny, bo nieoczekiwanie po mnie jednak spłynął - liczyłam na dość mocne wzruszenie, jakieś łzy i ogólne mazgajstwo, a tymczasem skończyło się na aha, no trudno. Mimo tego mankamentu seansu nie żałuję - na tle produkcji o podobnej tematyce "Everest" wypada dość oryginalnie.
5.Southpaw (Do utraty sił) - hmmm, czasem dobrze wstrzymać się z recenzją filmu (tak, tak,
tłumaczę właśnie swoje zaniedbania :P) - "Southpaw" oglądałam w kinie
pod koniec sierpnia, a dziś mamy 12 listopada i muszę przyznać, że seans
niemal całkowicie uleciał mi z głowy, co wybitnie wskazuje, że to taki
typowy średniaczek - poprawny i dobrze zrealizowany, ale dosyć letni i
nietyrający bani. Gyllenhaal na propsie, fajna rola. Za to mega
irytująca Rachel McAdams - na szczęście nie trwa to długo ;).
4. Crimson Peak (Crimson Peak. Wzgórze krwi)- a ten film pozytywnie mnie zaskoczył! Po trailerze oczekiwałam klasycznej i sztampowej opowieści o nawiedzonym domu, a tymczasem dostałam interesujący, gotycki romans z duchami na dalekim planie. Produkcja Guillermo del Toro ma trzy wielkie zalety: Miię Wasikowską, Jessicę Chastain i imponującą scenografię. Nie wiem jak Wam, ale mi to wystarczy do udanego seansu ;). Zasłonę milczenia spuszczę jedynie na ostatnie 20 minut filmu, w których to stylistyka zmienia się z baśniowej na mortal combat, ale ten defekt można łatwo ominąć, wychodząc z kina przed końcem projekcji ;).
3. The Martian (Marsjanin)- ten pocieszny i skrajnie pozytywny film, kupił mnie totalnie całkowitym odarciem z patosu i nadętego bełkotu, które to często towarzyszą opowieściom o pionierskich eksploracjach kosmosu (tak, piję do "Interstellar" :P). Ależ przyjemnie śledziło się zmagania obdarzonego ironicznym poczuciem humoru Marka Watney'a, który w pozornie beznadziejnej sytuacji nawet na chwile nie załamuje się i ochoczo zakasuje rękawy do roboty!!! Dodatkowe punkty "Marsjaninowi" nabiła niesamowita chemia między bohaterami i zabawne, ale nie przeszarżowane dialogi. Mocno mnie też urzekł całkowity brak czarnych charakterów - wszyscy chcieli dobrze i angażowali wszystkie swoje siły i umiejętności, by pomoc naukowcowi w opresji - aż mi się mordka śmiała, a serce się radowało :). Energetyzujący, ciepły film, idealny na podniesienie morale ;).
2. Pentameron - najnowszy film Matteo Garrone to bardzo klasyczna, okrutna baśń w starym stylu. Trzy przedstawione przez reżysera opowieści snują się nieśpiesznie (dla niektórych pewnie zbyt nudno ;)), a pod ich powierzchnią pulsuje jakaś niewypowiedziana gorycz, jakiś przeszywający smutek. Przez cały seans czujemy niemal namacalne fatum wiszące nad bohaterami, nieuchronność losu, która nie pozwoli im nigdy na spełnienie i zaznanie szczęścia, żal i poczucie straty odbijające się w ich oczach. Jest w tym obrazie coś niepokojącego i przyciągającego. Jest jakaś pustka wynikająca po trochu z surowości wnętrz, po trochu z małej ilości postaci na dalszych planach. Wielkie zamki i dziedzińce są tak naprawdę puste... Ciekawe jest też to, iż mimo ewidentnie barokowych strojów, można odnieść wrażenie, że historie zawarte w "Pentameronie" dzieją się współcześnie, gdzieś całkiem niedaleko. Dziwne. Dziwny jest też cały film, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Warto też wspomnieć o przepięknej muzyce, która hipnotyzowała mnie przez cały seans - sprawdzam w domu autora - Alexandre Desplat - i wszystko jasne. Mocno polecam!
1. Sicario- ależ ten film jest pięknie nakręcony!!! Nie wiem, czy kiedykolwiek tak zachwyciły mnie jakiekolwiek zdjęcia... Ta niezwykła praca kamery i klimatyczne, ambientowe brzmienia obecne w ścieżce dźwiękowej przyczyniły się do wykreowania wyjątkowo gęstej i zawiesistej atmosfery piekła na Ziemi, jakim wydaje się być meksykańskie Juarez. Dzięki świeżej perspektywie nawet wydawać by się mogło wyeksploatowany na potęgę motyw wzajemnego przenikania się w rolach kata i ofiary daje radę zaciekawić, wciągnąć i co więcej - zaszokować widza. Muszę przyznać, że Dennis Villeneaue odrobił sumiennie zadanie domowe - pisałam kiedyś,
ze jego poprzedni film, mroczny "Prisoners" totalnie po mnie spłynął
- "Sicario" natomiast dla odmiany wgniata w fotel i nie pozwala o sobie
zapomnieć jeszcze długo po seansie..
"Straight Outta Compton" to jak ziszczenie się najbardziej mokrego snu, gwiazdka z nieba i wygrana na loterii w jednym, ale oczywiście nie mam pojęcia, jak sobie poradzą z tym filmem osoby, które nie trawią gangsta
rapu (być może po prostu go ominą, tak jak osobnik, którego chciałam
zabrać na seans jako króliczka doświadczalnego, ale się nie zgodził ;)). Nie będę Wam też ściemniać, że wychowałam się na oldskulowych, westside'owych brzmieniach (bo wychowałam się pewnie na Fasolkach i Puszku Okruszku) ani że miłość do West Side wyssałam z mlekiem matki (bo byłam karmiona z butelki, w dodatku mlekiem zageszczonym O ZGROZO białą mąką ;)), ale faktem jest, że kiedy tylko zdałam sobie sprawę z istnienia N.W.A., gangstersko-murzyńskie dźwięki zdominowały mojego playera i nie opuściły go po dzień dzisiejszy :). Podejrzewam też, że gdyby trafiła mi się możliwość podróży z czasie do jednego, wybranego okresu i miejsca, kalifornijskie czarne getta z lat osiemdziesiątych stanowiłyby silną konkurencję dla ery paleozoicznej i dinozaurów ;), co świadczy wybitnie o mojej głębokiej fascynacji tą kulturą. Dobra, a teraz kończę przynudzać o moim ciężkim dzieciństwie i niespełnionych marzeniach i przechodzę do sedna :).
Dla mnie "Straight Outta Compton" to porządny biograficzny film wyciągnięty na wyższy poziom dzięki wspaniałemu aktorstwu, mistrzowskiej realizacji i oczywiście (:D) doskonałej muzyce. Aktorsko miażdżą szczególnie syn Ice Cube'a w roli Ice Cube'a i Paul Giamatti w roli żydo-menadżera, ale cała reszta kreacji również wypada wiarygodnie i w tym miejscu wypada tylko pogratulować doboru obsady. Jeśli chodzi o realizację, to totalnie kupiły mnie przede wszystkim sceny nagrywek: Dre zapodaje jakiś tłusty bit, Cube zarzuca do tego całkiem klawy tekścik, gromada murzynów zaczyna sobie radośnie rapować, a po chwili całość zaczyna układać się w któryś z kultowych hitów raperskiego składu. Aż się łezka w oku kręci, gdy sobie pomyślę, że tak to wyglądało i że kurcze, tak w rzeczywistości mogło powstać"Boyz-N-The-Hood"... Fenomenalnie wypadają też sceny koncertów, szczególnie ta z koncertu w Detroit ze słynnym wykonaniem "Fuck tha Police". A kiedy tłum skanduje słowa kolejnych utworów, aż chciałoby się tam być i zdzierać gardło wraz z nim <chlip chlip>.... Scenariusz do filmu jest prosty, poza tym większość osób chyba kojarzy tę historię. Nie jest to jednak wada, bo seans naprawdę wciąga, a zakończenie, mimo iż jest ciche i pozbawione patosu, wywołuje wiele emocji i szczerze wzrusza (choć oczywiście nie może być żadnym zaskoczeniem - jeśli tego nie wiecie, to się nie
przyznawajcie publicznie, bo to tak jakby nie wiedzieć, czemu zakończył karierę Michael Jackson :>). Ponadto naprawdę brutalnie wypadają sceny dyskryminacji i dręczenia czarnej społeczności przez policję - widz może odczuć na własnej skórze, w jakiej atmosferze powstały skierowane w stronę służb porządkowych, przesiąknięte agresją kawałki N.W.A... Brrr...
Daję filmowi solidną ósemkę, oczywiście z wielkim, puchatym serduszkiem za muzykę i klimat. Byłoby oczko więcej, gdybym usłyszała jeszcze "Real Mutherpfukkkin G's" - dla mnie najlepszy diss w światowej historii rapu :D. Ale i tak było zacnie :D.
8/10
PS. Troszkę zaskoczyło mnie bardzo dosłowne przedstawienie Suge Knighta, jako totalnego psychopatę i zwyrola, ale właśnie spojrzałam w wikipedię i okazuje się, że w styczniu tego roku został on aresztowany pod zarzutem podwójnego morderstwa, więc cóż, przestało mnie to dziwić ;).
Najprzyjemniejszą rzeczą, jaka spotkała mnie podczas seansu "Sinistera 2" była... pierwsza część serii wyświetlana tuż przed sequelem ;) (na Nocy Grozy w Multikinie). Z drugiej strony obejrzenie na świeżo tego niezwykłego, przerażającego i jakże odstającego od innych tego typu produkcji arcydzieła (mini-recenzja TUTAJ) uwypukliło tylko liczne wady kontynuacji i pogłębiło poczucie rozczarowania z powodu zmarnowanej szansy.
"Sinister 2" powtarza wszystkie błędy stereotypowych sequeli - jest brutalniej, dosłowniej i głośniej. Mr Boogie, który w pierwszej części przemykał gdzieś na granicy kadru (potęgując wrażenie sennego koszmaru i wymuszając konieczność silniejszego zaciskania zwieraczy), filmowany jest co chwila w całej okazałości, w długich ujęciach, przybliżeniach, z profilu, en face i jak tam jeszcze chcecie, co oczywiście totalnie niszczy atmosferę niepokoju i zagrożenia. Ponadto o sile jedynki stanowili fantastyczni aktorzy w doskonale rozpisanych rolach. Bohaterów naprawdę dało się lubić. Nie byli sztampowi, irytujący ani nudni, a ich aktorskie pojedynki cieszyły oko i ucho, jakże mocno odbiegając od tego, co na co dzień (czy raczej co noc ;)) widzimy w horrorach. W sequelu jest zupełnie na odwrót. Głównym bohaterem "Sinistera 2" uczyniono detektywa "So & So", który w pierwszej części był udanym, nienachalnym comic reliefem. Niestety, ta przesadna komediowość centralnej postaci całkowicie odziera film z powagi i mrocznego klimatu. Inni bohaterowie to jeszcze większy dramat, schematyczność i warsztat aktorski na poziomie licealnego kółka teatralnego, więc nawet nie zamierzam tracić czasu na rozpisywanie się na ich temat...
Ostatecznie muszę stwierdzić, że kontynuacja nie ma w ogóle startu do pierwszej części. Napisałam swego czasu, że "nie lubię filmów o demonach, duchach,
zmarłych dzieciach z podbitymi oczami, które szlajają się po korytarzach
nawiedzonych domów, ale wbrew pozorom w „Sinisterze” jest tego jak na
lekarstwo" - o drugiej części mogę napisać jedynie, że jest tego od cholery i jeszcze więcej, bo totypowy, schematyczny do bólu horror o nawiedzonym domu. Ani dobry ani zły, po prostu totalnie nijaki.Wykorzystam przy tym szansę, by jeszcze raz polecić Wam jedynkę - widziałam ten film już kilkukrotnie i mimo iż wiem, co będzie dalej i kiedy co wyskoczy z ekranu, za każdym razem zwijam się ze strachu i zasłaniam oczyz przerażenia.To bezdyskusyjnie jedna z najbardziej oryginalnych i najciekawszych pozycji w kinie grozy w ostatnich latach.
Sinister 2 - 5/10
Sinister 9/10
PS. Wątek norweski jednoznacznie wskazuje, że doczekamy się części trzeciej...
Czy to ja sie starzeję i nie potrzebuję już cieszyć oczu posoką, patologią i zgnilizną moralną czy też repertuar kinowy nie pozostawia mi wyboru? Cóż, odpowiedź brzmi "be" i kiedy mam zdecydować, czy pragnę zobaczyć dwudziestą ósmą część "Mission Imposible"czy też głupkowatą komedię chcąc nie chcąc wybieram to drugie... Niepodważalnym jest jednak fakt, że letni sezon ogórkowy zaowocował u mnie niebywałym podbiciem statystyk oglądalności produkcji lekkich, łatwych i przyjemnych ;)
Swoją przygodę w krainie komedii zaczęłam - o zgrozo - od kreskówki. Kreskówek szczerze niecierpię, ale recenzenci na całym świecie rozpływali się nad oryginalnością, fantastycznością i najlepszością-w-historii bajki "W głowie się nie mieści", więc postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, czy faktycznie cały hajp zbudowany wokół tej animacji ma swoje uzasadnienie w jej jakości. Cóż, nie sposób odmówić tej opowieści oryginalności, a jej twórcom kreatywności i błyskotliwości, ale jednak daleka jestem od kanonizowania pixarowskiej produkcji. Bajka ma swoje momenty i parę razy turlałam się ze śmiechu, ale całość jakoś szczególnie mnie nie wzruszyła ani nie pobudziła ośrodków nostalgii w moim mózgu. Nie zamierzam też wzorem części krytyków filmowych stawiać sobie na swoim ołtarzyku dziel wybitnych wydania dvd w oprawie z kamieni szlachetnych ani też płodzić dzieci specjalnie po to, by móc wraz z nimi delektować się genialnością dzieła Pete'a Doctera. Niemniej - marudzę jak stara maruda, więc mnie nie słuchajcie, bo to zapewne mądra i zabawna baja :) 7/10
Teraz zmienimy klimaty, bo kolejny film, który dane mi było zobaczyć w ciągu ostatnich tygodni zdecydowanie nie nadaje się do oglądania z dziećmi. Mowa oczywiście o kontynuacji przygód Misia Teda pod wszystko-mówiącym tytułem "Ted 2". Seth MacFarlane tradycyjnie nie przejmuje się niczym i nikim i jedzie przez cały seans ostro po bandzie, ale IMO nie przekracza akceptowalnej dla mnie granicy dobrego smaku (okej, granica ta jest niska, skoro nie przeszkadza mi człowiek brodzący w nasieniu ;)) i pozwala na zabawę bez większego zażenowania ani obrzydzenia. W kwestii nawiązań do otaczającej nas (czy raczej Amerykanów ;)) rzeczywistości "Ted 2" prezentuje się sto razy lepiej niż część pierwsza, a kilka scen (rzucanie jabłkami w biegaczy czy trollowanie kabaretów) rozwaliło mnie totalnie i oficjalnie przyznaję, że umarłam ze śmiechu ;). Slyszałam, że MacFarlane się powtarza, ale ja nie znam innych dzieł tego pana, więc nie marudzę. 7/10
Wreszcie przyszedł czas na największe guilty pleasure w moim letnim zestawieniu czyli "Piksele". Jasne jest, że oglądając film o zaatakowaniu Ziemi przez postacie z oldskulowych gier komputerowych trzeba wyłączyć myślenie i nastawić się na solidną dawkę głupot i kiczu, ale kiedy to uczynimy, pierwszorzędną zabawę mamy gwarantowaną! Chris Columbus stworzył historię prostą jak budowa cepa, ale dzięki barwnym i totalnie nieirytującym postaciom angażuje ona widza i zmusza do wzmożonego kibicowania ulubionym bohaterom w opałach. Humor jest może lekki, ale nie kloaczny, nie wulgarny. Całość ogląda się gładko i bezboleśnie. Jeśli więc macie ochotę na czystą rozrywkę, która jednak nie uwłacza waszej godności (hehe, ależ górnolotnie to zabrzmiało), to polecam Wam "Piksele" z całego serca. 7/10
"Papierowe miasta" to może nie klasyczna komedia (według filmwebu romans ;)), ale jednak film posiadający mnóstwo komediowych momentów. Jest to ekranizacja jakiejś chodliwej książki dla niedopieszczonych nastolatek, ale zdradzę Wam mój największy sekret - mam wielką słabość do takich sztampowych i lekko żenujących historii o przechodzeniu w dorosłość ;). Wiecie - on - klasowy fajtłapa, ona - królowa balu, umawiająca się ze szkolnym mistrzem w lacrosse'a. Do tego dwóch kupli looserów, młodsza, wścibska siostra, nadopiekuńczy rodzice i oczywiście problem ze znalezieniem partnerki na prom - samo życie ;). Film w zasadzie spełnił moje oczekiwania, bo okazał się nieskomplikowaną, zabawną, ale też całkiem mądrą historią o dojrzewaniu i szukaniu swojego miejsca w świecie, naznaczoną obowiązkowymi dla tego gatunku coehlizmami całkiem w granicach rozsądku i strawności ;). I nawet zakończenie okazało się odrobinę zaskakujące ;). Do tego w roli królowej balu obsadzono wschodzącą gwiazdę kina, zjawiskową Carę Delevingne, którą na ekranie widziałam dopiero drugi raz w życiu, a już zdążyłam wpisać ją na listę najbardziej inspirujących mnie kobiet na Ziemi. Dziewczyna nie jest jakąś klasyczna pięknością, ale charyzmą i roztaczanym wokół siebie czarem bije na głowę wiele oczywistych ślicznotek. Także - Cara, obserwuję cię ;). 6/10
No dobra. Pośmiałam się w kinie za wszystkie czasy, czas uronić jakąś łzę. Z pomocą przyszedł mi Tomas Vinterberg i jego klasyczny do bólu melodramat "Z dala od zgiełku" (Far from the Madding Crowd". Historia mądrej, zaradnej, skromnej i do tego zjawiskowo pięknej Batsheby Everdene (ach, Carey Mulligan <3) uwięzionej w totalnie sztampowym miłosnym czworokącie nie grzeszy może zbytnią oryginalnością i nie przełamuje żadnych schematów, ale na wspaniale zrealizowany i fantastycznie zagrany film kostiumowy zawsze patrzy się z przyjemnością. Do tego od momentu wypadku z owcami moje oczy spowiła mgła gęsta wzruszenia i do końca seansu powstrzymywałam się ze wszystkich sił przed wybuchnięciem szlochem godnym prawdziwej księżniczki. Z tej też przyczyny wybaczam reżyserowi kilka naprawdę przewidywalnych i facepalmowych motywów - tak bardzo uwielbiam filmy, które zdołają wzruszyć mnie fizycznie (w sensie, że polecą mi łzy ;))! 7/10
Wreszcie czas na prawdziwą wisienkę na torcie moich letnich, kinowych wojaży - wyreżyserowany przez debiutanta w tej dziedzinie, Joela Edgertona, thriller "Dar" (The Gift). Zdolny aktor swoim obrazem w pełni udowodnił, że doskonale radzi sobie także po drugiej stronie kamery i wytworzył nie tylko niepokojącą atmosferę i specyficzny klimat, ale też fantastycznie pokierował poczynaniami swoich kolegów po fachu (mowa o Rebecce Hall i Jasonie Batemanie), pozwalając im na stworzenie chyba najlepszych w życiu kreacji aktorskich (sam zresztą nie pozostał za nimi w tyle i fenomenalnie zagrał dziwaka Gordo). Widać, że Edgerton mocno zainspirował się przy tworzeniu "Daru" trylogią apartamentową mistrza Polańskiego, ale za takie inspiracje należą się tylko i wyłącznie brawa. Szkoda nawet, że nie poszedł w bardziej charakterystyczne dla naszego rodaka niedopowiedziane zakończenie, ale to, które stworzył, również mnie w pełni usatysfakcjonowało i zaintrygowało. Ponadto wielkie brawa dla twórców trailera, którzy genialnie go zmontowali i posiekali, sprawiając, że seans niejednokrotnie naprawdę zaskakuje. Jedyny minus tej produkcji to kilka niepotrzebnych jump scare'ów, ale czymże one są w porównaniu z gęstym i mrocznym klimatem całości. Film zdecydowanie oznaczam logiem "Anna Rozalia poleca" ;). 8/10
Także - komedie na lato zawsze spoko, ale prawdziwe kino to jednak mrok i patologia ;). Czego sobie (i Wam) życzę przy okazji kolejnych seansów :).
Jako, że z niewiadomych przyczyn zapomniałam spłodzić dla Was (i dla siebie) postu podsumowującego 2014 rok, w tym roku biorę się do pracy już w czerwcu ;) Minęło sześć miesięcy, pora więc ocenić, co mnie w tym czasie w kinie oczarowało, co po mnie spłynęło, a co mnie rozzłościło i wkurzyło.
Do końca czerwca w kinie obejrzałam 22 filmy. W zestawieniu widzicie je w kolejności obejrzenia, a przy każdym z nich znajduje się ocena w skali 1-10, gdzie 1 to chłam totalny, a 10 to filmy mojego życia. Ocena w tabeli to nota wystawiona bezpośrednio po seansie.
Jak widziecie, najwyższe oceny w zestawieniu, czyli dziewiątki, przypisałam trzem filmom: "Whiplashowi", "Blackhatowi" Michaela Manna i ostatniemu hitowi "Mad Max: Fury Road". Żadnego z tych obrazów nie widziałam od tego czasu po raz drugi, aby zweryfikować oceny, ale w tej chwili wydają mi się one sprawiedliwe. W tym momencie największe szanse na zgarnięcie tytuły "Filmu roku" ma ten ostatni. Żałuję, że brak czasu nie pozwolił mi na kolejne seanse... Co ciekawe, do grona "dziewiątkowców" po ponownym obejrzeniu (a potem jeszcze kolejnym i jeszcze kolejnym...) dołączył musical "Into the Woods", z którego ścieżkę dźwiękową męczyłam w swoim playerze dobre dwa miesiące. Nie jest to film pozbawiony wad, ale jednak jego stylistyka totalnie mnie kupiła i zdecydowanie awansował w rankingu.
Wyżej wymienione tytuły to absolutna klasa, jednak kilka filmów dodatkowo mnie oczarowało i wyjątkowo zapadało mi w pamięć. Wspaniałym przeżyciem był dla mnie seans utrzymanego w stylistyce lat 80-tych horroru "It Follows" (uwaga, jeśli nie kochacie się w slasherach z tego okresu, omijajcie tej tytuł z daleka!!! ;)), a zupełnie nieoczekiwanie wspaniale bawiłam się na "Chappie'm" Neila Blomkampa. Pragnę też wyróżnić znakomitą czarną komedię, zdecydowanie inspirowaną twórczością braci Coen - mowa o "Miasteczku Cut Banks". Film ten bardzo mnie zaskoczył, bo po trajlerach oczekiwałam stereotypowego kina dla nastolatków, a całość okazała się iść w zupełnie inną stronę. Obejrzyjcie, naprawdę warto!
Nie trafiłam w minionych miesiącach w kinie na jakąś wyjątkowo niestrawną kupę, ale oczywiście kilka tytułów nieco mnie rozczarowało. Najbardziej zawiodłam się chyba na szeroko reklamowanym "Systemie" (Child 44), a ostatnio dosyć słabo w porównaniu z moimi oczekiwaniami wypadł film "Twarz anioła", inspirowany historią procesu Amandy Knox - twórców nieco poniosła fascynacja Dante'm ;). Niczego nie urwały mi też dwa super wyczekiwane blockbustery - "Jurassic World" i druga część "Avengers". A szkoda ;).
Ogólnie jednak myślę, że było to całkiem przyjemne pod względem kinowym sześć miesięcy. Twórcom dziękuję i proszę o więcej :)
Tyle, że wybór jest oczywisty. Po obejrzeniu nowego "Mad Maxa" nie mam najmniejszej ochoty tracić czasu na recenzowanie pozostałych tytułów. Nowe przygody dinozaurów i drużyny Avengers to propozycje w miarę przyjemne i poprawne, ale w obliczu geniuszu nowego filmu George'a Millera mogę skwitować je co najwyżej ziewnięciem i uśmiechem politowania ;). 70-letni reżyser (moje klientki-emerytki często mają w sobie sto razy więcej powera niż niejedna nastolatka, więc akurat werwa Millera nie jest dla mnie szczególnie zaskakująca ;)) zdaje się doskonale rozumieć, że brak ruchu to największy z możliwych do popełnienia grzechów w technologii motion picture i udowadnia, że artystyczne, wizjonerskie kino nie musi mieć nic wspólnego z dwuminutowymi ujęciami szeleszczących liści ani z lisem szepczącym, że natura to kościół szatana (czy jakoś tak ;)).
"Mad Max: Fury Road" to wysokooktanowa (dosłownie i w przenośni), prosta jak cep historia, która od samego początku porywa widza, wrzucając go w samo centrum akcji, a następnie tarmosi nim (dosłownie i w przenośni) na wszystkie strony i nie daje odetchnąć do samego końca. Oprócz czaderskiego tempa o sile filmu Millera stanowi panteon oryginalnych, campowych bohaterów. Max kreowany przez Toma Hardy'ego jest w końcu naprawdę Mad, Furiosa w interpretacji boskiej Charlize Theron to chyba najciekawsza kobieca postać w saj-faj od czasów Ellen Ripley, a cały drugi (i trzeci) plan wydaje się być przeniesiony na taśmę filmową prosto ze snu szaleńca. Takiego kalejdoskopu pretendujących do miana kultowych postaci daaaawno (nigdy?) w kinie nie widziałam. Scenografia, charakteryzacja i momentami przedziwny montaż (przyspieszanie w niektórych momentach - bajka!!!) mają chyba zapewnione stuprocentowe nominacje do wszelakich nagród filmowych w tych dziedzinach. Do tego niesamowicie jara mnie fakt, iż nikt na siłę nie wcisnął do nowego "Mad Maxa" naiwnego, żenującego moralizatorstwa, rodem z przypowieści religijnych dla pięciolatków, którym to często zarzyna się bezlitośnie współczesne blockbustery. W filmie Millera bohaterowie nie robią niczego dla wyższych idei, dobra ogółu czy ochrony lasów tropikalnych - oni chcą po prostu przeżyć w postapokaliptycznym świecie. Tyle.
Cóż, ogólnie to strasznie ciężko słowem pisanym oddać niesamowity klimat i dynamikę tegoż filmu, dlatego dłużej już nie próbuję - zaufajcie mi, czegoś takiego po prostu na ekranach kin jeszcze nie było! "Jurassic World"? "Avengers: Age of Ultron"? Gdybym miała wybierać, wolałabym iść kolejne dwa razy na "Mad Maxa" ;) Polecam najmocniej na świecie!!!
9/10
PS. Zajebistość "Mad Maxa" spotęgowała dodatkowo padakowatość trajlera nowego Terminatora, którym Multikino uraczyło mnie przed seansem. Boższeeee, widzisz i nie grzmisz, a to będzie straszne...
Kiedy jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że Scarlett Johansson jest zdecydowanie za gruba, jej twarz wygląda wulgarnie, a w wywiadach, których udziela, jawi się jako niegrzesząca inteligencją istota o osobowości rubasznej wieśniaczki z teksańskiego ranczo, jasne stało się, że czas zmienić numer jeden na liście kobiet, które mnie inspirują. Skorzystałam z podpowiedzi Ryana Reynoldsa, jej byłego męża, który nieociosaną Skarletkę wymienił na prawdziwą księżniczkę i tym sposobem stałam się największą w kosmosie fanką cudownej Blake Lively. To właśnie nazwisko tej długonogiej, blondwłosej piękności w której zakochałam się totalnie podczas oglądania kultowej "Gossip Girl" (haha, zawsze pragnęłam być jak Serena, ale niestety bliżej mi do Blair ;)), przywiodło mnie przed ekran celem obejrzenia "Wieku Adaline". Jeśli teraz googlujecie, jak wygląda boska Blake zdradzę Wam, że na zdjęciach
wychodzi mocno średnio - aby docenić jej seksapil i urok trzeba zobaczyć
ją "w ruchu". Sposób w jaki się śmieje, gestykulacja, mowa ciała - te elementy sprawiają, że absolutnie nie da się oderwać od niej wzroku. Ten przydługi i niewnoszący zbyt wiele do recenzji wstęp spłodziłam tylko po to, by uzmysłowić Wam, Drodzy Czytelnicy, że moja ocena "The Age of Adaline" będzie całkowicie nieobiektywna, nieprofesjonalna i przesycona rozpływaniem się nad urokiem i czarem, jaki roztacza wokół siebie boska Blake.
Haha, a teraz do sedna ;) "Wiek Adaline" to prosty, ale pełen emocji baśniowy melodramat, oparty na niezwykle atrakcyjnym motywie wiecznej młodości (wieczna młodość + wygląd Blake Lively - ja bym nie pogardziła takim darem :P). Historię napędza przede wszystkim chemia między głównymi bohaterami - w scenach z ich udziałm iskrzy jak na balu elektryka, przez co film w pewnych momentach naprawdę chwyta za serce i wywołuje przeszklenie spojówek. Widząc, jak Adaline i Ellis (grany przez znanego z "Gry o Tron" Michiela Huismana) zauraczają się w sobie, czujemy po prostu ciepło na sercu. Równie dobrze wypadają bohaterowie drugoplanowi, grani przez Harrisona Forda i Elen Burstyn, których starzenie się nadaje ciężaru całej opowieści. Szkoda jedynie, że podróż przez minione epoki jest zaledwie muśnięta, zasygnalizowana w krótkich retrospekcjach. Z nostalgią patrzy się na zmieniające się stroje, fryzury, makijaż, wnętrza charakterystyczne dla danych dziesięcioleci i po seansie czuć lekki niedosyt, że pokazano tak mało. Z drugiej strony ma to dobry wpływ na akcję dziejącą się w teraźniejszości, będącą sednem filmu - zachowuje ona przez to dynamikę, nie traci tempa. Podobają mi się komentarze narratora z offu, komentujące wydarzenia, nadające historii charakter kroniki. "Wiek Adaline" doskonale wypada też pod względem technicznym - zdjęcia są przepiękne, montaż praktycznie niewyczuwalny, a muzyka doskonale uzupełnia i wzbogaca seans. Rozczarowuje jedynie zakończenie, które jest sztampowe, głupiutkie i oczywiście do bólu przewidywalne - marzy mi się wersja bez happy-endu, pokazująca losy Adaline jako ciągle powtarzającą się historię bez końca...
Film Lee Tolanda Kriegera spodoba się fanom (czy raczej fankom ;)) romantycznych, nieco ckliwych historii przepełnionych nostalgią. Siebie do nich nie zaliczam i nie wiem, czy przełknęłabym całość bez Blake w roli głównej. Olśniewająca aktorka, na którą mogę patrzyć godzinami, sprawiła jednak, że seans był dla mnie wielką przyjemnością i wyszłam z kina uśmiechnięta i usatysfakcjonowana. Mam nadzieję, że ten świetny występ otworzy przed nią drzwi do kolejnych dużych i ważnych produkcji, bo jest tego warta.
8/10
(bez Blake byłoby pewnie z 6/10, więc jak jej nie wielbicie, tak jak ja, to nie jest to na pewno Wasz must-seen ;))
PS. Wiem, że są różne gusta, ale jestem ciekawa, czy naprawdę można się nie zachwycić urokiem tej aktorki?
Pytanie zadane w podtytule chodziło mi po głowie przez cały seans, zwłaszcza, że owych Duńczyków miałam wątpliwą przyjemność oglądać tydzień temu w "Zabójcach Bażantów" i ich występ w "Systemie" nie był dla mnie radosną niespodzianką ;) Odpowiedź znalazłam szybko po wyjściu z kina - okazało się, że reżyser, Daniel Espinosa jest, o dziwo, Szwedem ;)
Nazwisko to wygooglowałam, przyswoiłam i zapamiętam bynajmniej nie z powodu błyskotliwego warsztatu owego twórcy, ale... ku przestrodze. Otóż, drodzy Państwo, Daniel Espinosa dokonał rzeczy teoretycznie niemożliwej - sprawił, że na Toma Hardy'ego, jednego z nielicznych aktorów, którzy wydają się fizjologicznie niezdolni do zagrania słabo, nie da się patrzyć ;) Grany przez niego Leo Demidov wałęsa się po ekranie, kierowany kwadratowymi motywacjami, a z jego ust padają banały i dyrdymały, wykrzykiwane raz po raz z nie wiedzieć czemu... rosyjskim akcentem. No Kochani, albo mówimy po rosyjsku albo po angielsku - mieszanka russianglish tworzy karykaturalne wrażenie i odbiera filmowi całą powagę, zwłaszcza, że na planie panowała chyba zupełna dowolność w doborze akcentu i jedynie Hardy wydaje się przykładać należycie do zrusyfikowania swojej wymowy ;) Reszcie przypomina się to od czasu do czasu. Zresztą aktorzy raczej w filmie Szweda nie błyszczą. Na jednej minie przegrała cały film Noomi Rapace, a Gary Oldman po zainkasowaniu na swoje konto za pewne okrągłej sumki również uważał, żeby nie nadwyrężyć się podczas gry. Nazwiska takie jak Cassel, Dance czy Clarke zdają się być faktycznie tylko nazwiskami w czołówce, mającymi przyciągnąć gawiedź do kin.
Średnie aktorstwo to jednak najmniejsza bolączka zakazanego w Rosji filmu. Historia w nim opowiedziana jest schematyczna, przerysowana, przewidywalna i niekiedy tandetna. Wątki mnożą się bez końca, reżyser nie bardzo ma pomysł, jak je rozwinąć i zainteresować nimi widza, a całość to jeden wielki chaos, nad którym nikt nie panuje. Historia mordercy, niby inspirowana życiorysem Rzeźnika z Rostowa, Andrieja Czikatijo (która, nie ukrywam, przyciągnęła mnie do kina), jest w zasadzie zmarginalizowana, a śledztwo w sumie rozwiązuje się samo, bez badania poszlak i detektywistycznej pracy. Za to z walącą po głowie łopatą puentą na sam koniec.
Jakby tego było mało, "System" nie ma widzowi wiele do zaoferowania pod względem technicznym. Jest nieciekawie nakręcony i niekiedy źle poskładany, a rozchwiana praca kamery w niektórych scenach pogłębia wrażenie chaosu i przyprawia o ból głowy.
Cóż, jeśli nastawiacie się na kryminał o rozpracowywaniu seryjnego mordercy - odpuśćcie sobie seans, bo to trzecioplanowy wątek. Jeśli chcecie opowieści o systemie - nie wytrzymacie dosłowności i czarno-białości, którymi przesycony jest film Espinosy. A jeśli należycie do wiernych fanów charyzmy Hardy'ego - hmmm, też lepiej zostańcie w domu, by nie musieć oglądać jego męki na planie. Film ma jedną zaletę - nie nudzi i nie ma w nim dłużyzn, może więc okazać się dobrą rozrywką dla niewymagającego, przypadkowego widza.
4/10
PS. Właśnie sprawdziłam, że jeden z Duńczyków wcale nie jest Duńczykiem, tylko Libańczykiem ze szwedzkim paszportem ;) Wybaczcie moją ignorancję :P
PS. 2 W ogóle nie poznałam Joela Kinnamana! Muszę przyznać, że to totalnie odmienna rola niż te, w których widziałam go do tej pory! Fajnie, fajnie!
"Zabójcy bażantów"- niestety, mimo intrygującego zawiązania akcji i i bezkompromisowej brutalności, najbardziej kasowy duński film poniósł klęskę na całej linii. Winę za to powinny przyjąć na klatę trzy osoby. Po pierwsze - reżyser. Film się rozłazi, tempo jest nierówne i co chwila siada, całość nakręcono kwadratowo i trudno wciągnąć się w przedstawioną historię, przejąć choć trochę losami bohaterów. Po drugie - główny aktor. Podejrzewam, ze w zamyśle twórców miał być mrocznym detektywem skrywającym za kamiennym licem hardkorowo ponure sekrety. W praktyce jednak warsztat aktorski Nikolaja Lie Kaasa ograniczał się do wnikliwego patrzenia w jedno miejsce i posępnego marszczenia czoła, przez co detektywa Mørcka odebrałam bardziej jako średnio rozgarniętego retarda z IQ wielbłąda niż masterminda w rozpracowywaniu zbrodni. Nie ma też absolutnie grama chemii między nim a jego partnerem. No i po trzecie- scenarzysta. Interesujące w opowieści są jedynie brutalne retrospekcje, a cała akcja rozgrywająca się w teraźniejszości jest po prostu nieciekawa, naciągana, przekombinowana. Ciężko w nią uwierzyć i naprawdę trudno przełknąć głupoty serwowane nam w scenariuszu (ze szczególnym uwzględnieniem przemiany jednej z bohaterek z ciemiężonej ofiary w siejącą postrach na dzielni kung-fu pandę). Gwoździem do trumny "Zabójców bażantów" jest natomiast zdecydowanie śmierć pewnej niewiasty - w zamiarze twórców pewnie tragiczna i wzruszająca. Mianowicie dziewczyna osuwa się delikatnie w ogień, ogarnięta błogim spokojem i ukojeniem, nie wydając z siebie ani jednego jęku. No heloł!!! Kilka tygodni temu nawet jeden z czołowych kozaków w "Grze o Tron" jęczał niemiłosiernie i skomlał w amoku, skazany na śmierć w płomieniach, a tu takie cuda-wianki! ;) Podsumowując - za warte uwagi uważam jedynie wątki poruszone w retrospekcjach. Cała reszta to jakieś nieporozumienie. Za pewne miało być mrocznie i ponuro, wyszło - karykaturalnie i niezamierzenie śmiesznie. Nie polecam.