Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jennifer lawrence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jennifer lawrence. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2016

"Joy" czyli "Niewiarygodnie nudna historia wynalezienia mopa"

Zirytował mnie ten film. I to porządnie. Historia okazała się mało przekonująca, panteon drugoplanowych postaci - kiczowaty i tak oderwany od rzeczywistości, że czułam się po prostu totalnie wytrącona z całej opowieści, a Jennifer Lawrence z wieczną fumfą na ryju - tak wkurzająca, że aż nie miałam ochoty na nią patrzyć. Za dużo tu przypadków, nielogiczności, uproszczeń i nagłych, niczym nieuzasadnionych zwrotów akcji, by całość potraktować poważnie. Jak na komedię - "Joy" jest za mało śmieszna, a jak na dramat - zbyt letnia... Ja chyba po prostu nie kupuję twórczości Davida O. Russella, bo zdaje się, że podobne odczucia miałam po niby hitowym "Poradniku pozytywnego myślenia". Dla mnie zarówno "Poradnik...", jak i "Joy" to takie obyczajowe twory do po południa z Polsatem, dla całej rodzinki, do schabowego z ziemniakami, ku pokrzepieniu serc porośniętych tłuszczem kur domowych... Jakieś zalety? Film jest ładnie nakręcony i zmontowany. Zachwytów nad rolą JLaw nie rozumiem.




sobota, 1 lutego 2014

"12 Years a Slave" vs "American Hustle" czyli "Starcie gigantów"

Od dawna wiadomo, że gusta Akademii i widzów z reguły nie pokrywają się ze sobą. Wielkimi faworytami tegorocznej oscarowej Gali są "12 Years a Slave" i "American Hustle" - zwycięzcy swoich kategorii na rozdaniu Złotych Globów. W ten weekend oba trafiają na ekrany polskich kin - czy widzom spodobają się tak samo jak krytykom? Oto moje wrażenia:


Najciekawszym elementem filmu McQueena okazał się jego... opis. Historia wolnego człowieka, z którego zrobiono niewolnika  - czyż nie brzmi to hardkorowo, ciężko i smutno?  Niestety, tylko brzmi, bo w praktycznie dostajemy obraz nieangażujący, mało emocjonujący i zwyczajnie nudny. Trudno współczuć Solomonowi, kiedy już go poznajemy, bo okazuje się on bohaterem nijakim, biernym, pozbawionym woli walki, który tak naprawdę nic do filmu nie wnosi i jego losy  niewiele nas obchodzą. Prawda, że brzmi mało ciekawie jak na centralną postać opowieści? W trailerze dudnią wykrzyczane przez niego słowa "I don't want to survive, I want live!!!" - niestety, wypowiada je na samym początku, a potem najwyraźniej zmienia zdanie... Reżyser natomiast sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, czy chce kręcić po hollywoodzku czy po swojemu, artystycznie i tworzy przez to dziwny miks, nie oferując nam ani wciągajacej fabuły ani pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów.  W dodatku próbuje kupić sobie naszą uwagę nadmiernie eksponowaną i naturalistycznie ukazaną przemocą, ale kurcze - to za mało bym mogła przejąć się tym, co widzę na ekranie. Wielkie rozczarowanie.

I taka  jeszcze refleksja, jeśli chodzi o warstwę ideologiczną filmu - czy tylko ja odebrałam "12 Years a Slave" jako film nieco rasistowski? ;)  Wszak przedstawia czarnoskórych niewolników jako osoby wybitnie niezorganizowane, bierne, pozbawione woli do buntu, zbyt mało sprytne, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na zmianę swojego losu... SPOILER Nawet główny bohater zostaje uwolniony tylko dzięki odwadze białego człowieka i podjęciu przez niego działania.

Naciągane 6/10 -  głównie przez drugi plan, który daje radę.







"American Hustle" to film dużo lżejszy i mniej zaangażowany społecznie niż film McQueena, a mimo tego przedstawiona w nim historia wciąga dużo mocniej niż ta z  "12 Years a Slave" - pewnie głównie dzięki wyrazistym i rewelacyjnie zagranym postaciom. Scenariusz obrazu Russella Ameryki nie odkrywa, ale dzięki szarżom pierwszo i drugoplanowych aktorów można wsiąknąć w klimat i kibicować bohaterom. Nie podejmę się oceny, kto z i wielkiej czwórki nominowanych wypadł najlepiej (biorąc pod uwagę konkurentów w oscarowych  kategoriach, nagrodę przyznałabym jedynie Cooperowi), bo każdy  kradnie sobie jakąś z części filmu. Dodam za to, że wielkie wrażenie wywarła na mnie kreacja Jeremy'ego Rennera w roli dobrodusznego burmistrza Atlantic City. "American Hustle" to zabawne, zgrabnie zrealizowane kino rozrywkowe, które reżyser wyciąga  na wyższy poziom dzięki fenomenalnemu prowadzeniu aktorów. Ale czy za parę miesięcy będę pamiętać o tym filmie? Wątpię.

7/10






Mając do wyboru nudne dyrdymały od McQueena i błyskotliwą rozrywkę od Russella wybieram to drugie - ale oczywiście oba filmy mogą jedynie possać fenomenalnemu "Wilkowi..." i z tego, co słyszę dookoła podzielam zdanie dużej części kinowych widzów ;)

A co Wy myślicie o wyżej wymienionych filmach?