"Big Short" to film świeży, energetyzujący i wciągający. Przyznaję bez bicia - nie wszystko do końca rozumiałam (wszak oszczędności trzymam w śwince ;)) - ale doskonałe aktorstwo, wspaniały montaż i dynamika historii wynagrodziły mi całkowicie zawiłe meandry terminologii bankowej. Mimo iż obraz Adama McKay'a kreuje się na WAŻNY, niekiedy wręcz mesjanistyczny, to czyni to z gracją i bez wielkiego nadęcia - powietrze z balona spuszcza zapewne spora dawka humoru, którą nam serwuje. O sile "Big Short" stanowią jednak przede wszystkim różnorodne, doskonale rozpisane i fenomenalnie zagrane postaci. Michael Perry, Mark Baum i Jared Vennett to totalni dziwacy, ale wcielający się w nich Christian Bale, Steve Carell i Ryan Gosling choć niekiedy ostro szarżują, to ani przez chwilę nie pozwalają swoim bohaterom przekroczyć cienkiej granicy dzielącej geniuszy od pajaców(specjalne wyróżnienie dla Carella, który do tej pory średnio mnie do siebie przekonywał!). Cudowanie radzą też sobie odtwórcy mniejszych, drugoplanowych rólek, ze szczególnym wskazaniem na całą ekipę Marka Bauma - no po prostu BAJKA! Kupuję też całkowicie burzenie czwartej ściany i puszczanie oczek do widza - te zabiegi wprowadzają do filmu nieco sarkazmu, a także pozwalają na totalne wciągnięcie się w opowieść. Polecam z całego serca - "Big Short" zapewni Wam doskonałą rozrywkę, jednocześnie przemycając troszeczkę morału ;).
PS. Myślę, że jeszcze więcej funu mogą czerpać z seansu osoby obcykane w bankowo-giełdowym świecie. Z drugiej strony może być tak, że cała ta ekonomiczna nowomowa jest na poziomie terminologii medycznej w "Na dobre i na złe" i tylko dla totalnego laika wydaje się zawiła i skomplikowana ;). Może jak mój brat obejrzy, to rozwieje moje wątpliwości ;).
Mackbeth- realizacyjny artyzm wyrażający się poprzez teledyskowy i mocno psychodeliczny charakter nowego filmu Justina Kurzela nijak nie pasuje do do bólu klasycznej interpretacji wersów Szekspira, z jaką mamy w tym obrazie do czynienia. Podczas seansu czujemy się właściwie jak w teatrze, a ja to miejsce nieszczególnie lubię, właśnie przez zbytnią... teatralność ;) Ciężko wczuć się w historię i poczuć jakiekolwiek emocje, kiedy całości brakuje płynności, a kolejne sceny odhaczane są jak na licealnym kółku aktorskim - akt I scena 2, klaps, akt I scena 3 klaps... Fassbender i Cotillard recytują swoje kwestie jak ze sceny, nie wpompowując w żyły swoich postaci ani życia ani wigoru. Nie wiadomo, kiedy im kibicować, kiedy się nimi brzydzić, kiedy współczuć - przez cały seans widz stoi zupełnie z boku. I nie zrozumcie mnie źle - to nie jest zły film, tylko ekranizacji "Macbetha" było już milion pięćset sto dziewięćset (z czego najlepsza oczywiście brutalna i mroczna wersja Polańskiego) i nie wiem, po co robić kolejną, kiedy nie ma się w kwestii interpretacji dzieła Szekspira nic nowego do powiedzenia. Snyderowskie inspiracje realizacyjne to trochę za mało po ponad 400 latach od powstania oryginału... Jeśli macie ochotę na klasyczną wersję "Mackbetha", to wystarczy przejść się do biblioteki (co oczywiście polecam) - po kinie oczekuję czegoś więcej.
6/10
Nad morzem (By the Sea) - bardzo chciałam polubić ten film! Piękne kamieniczki, malownicze widoczki, cudowne sukienki i doprasowane koszule - warstwa wizualna dziejącego się chyba w latach 60-70' filmu Angeliny Jolie to spełnienie moich najskrytszych marzeń o podróżach w czasie. Niestety, tu gdzie zaczynam zachwyty, muszę je też zakończyć, bo cała reszta filmu to pretensjonalność, wtórność, brak pomysłu i nuda. Klęski dopełniają drewniane dialogi - lwią część filmu utrzymują denny poziom polskich seriali, a chwilami zbliżają się niebezpiecznie do granicy żenady wyznaczonej przez kultowy "The Room" ;). Rozwiązanie historii jest oczywiście oczywiste od samego początku i tak, kłopoty małżeńskie Brada i Angeliny wzięły się dokładnie z tego, o czym myślicie od pierwszych scen :/. "By the Sea" próbuje udawać kino autorskie, artystyczne, ale niestety, głębi tu tyle, ile w moich wierszach z czasów podstawówki... Jakiś koleś wychodząc z kina rzucił do swojej towarzyszki "nie dziwię się, że sale kinowe są puste, kiedy puszczają taki chłam" - cóż, ja sobie rekompensowałam zażenowanie treścią podziwiając bluzeczki i torebeczki głównych bohaterek, ale faceci mogą nawet tego nie docenić ;).
4/10 (wszystkie punkty za warstwę wizualną)
Steve Jobs - film Danny'ego Boyla ogląda się przyjemnie dzięki genialnym, ostrym dialogom, które niesamowicie podkręcają tempo i fantastycznej chemii między bohaterami. Michael Fassbender jako Jobs jest świetny, nie ustępują mu wcale jeśli chodzi o umiejętności Jeff Daniels, Seth Rogen czy Michael Stuhlbarg, ale najjaśniej świeci doskonała w roli Joanny Kate Winslet! Ależ dawno nie widziałam tej fenomenalnej aktorki na ekranie! Kilka scen z udziałem wspomnianych aktorów to prawdziwe perełki do wielokrotnego oglądania! Dość ciekawy jest też sam pomysł na film, który jeśli chodzi o kręcenie biografii, wydaje się dosyć świeży i nieoczywisty. Niestety, ocenę całości muszę zaniżyć przez głupkowaty wątek rodzinny, w którym pretensjonalnie i sztucznie uczłowiecza się głównego bohatera i jakże odkrywczo pokazuje jego przemianę... Gdyby wywalić sceny z córką i jej matką, uznałabym seans za bardzo satysfakcjonujący. Niestety, zdołały mnie one naprawdę wkurzyć i daję tylko:
6/10
Most szpiegów (Bridge of Spies) - nowy film Stevena Spielberga to kawał porządnego, oldsulowo zrealizowanego thrillera. Historia jest prosta i nie uświadczymy w niej jakiś niesamowitych zwrotów akcji, menadrów fabularnych czy hiper-wypasionych twistów, ale to w tej klasyczności tkwi jej siła. Steven Spielbarg nie urodził się wczoraj i wie, jak budować napięcie i jakie tricki zastosować, by widz wsiąknął w seans, a do tego zatrudnił jako odtwórcę głównej roli wybitnego Toma Hanksa, który doskonale radzi sobie ze zdobywaniem sympatii i zainteresowania odbiorców. Bardzo pozytywnie odbieram też kreację Marka Rylance'a, wcielającego się w rosyjskiego szpiega. Tak jak mówię - film nie jest żadnym odkryciem Ameryki i podobnych produkcji były pewnie setki. Czasem jednak solidna realizacja, wciągająca historia i pełnokrwiści bohaterowie w zupełności wystarczą, by widz wyszedł z kina usatysfakcjonowany świadomością obejrzenia filmu rozrywkowego, ale jednak nie głupiego.
Czy Wy też macie wrażenie, że październik przywitał nas w tym roku "na bogato", jeśli chodzi o ciekawe premiery i w kinach panuje obecnie istna klęska urodzaju? W minionym tygodniu nadrobiłam kilka gorących tytułów, a tu wciąż na liście must-seenów wiele pozycji (choćby "Anabelle", "Sędzia", "Jeziorak")...
źródło: www.orange.com
Niemniej -
to co widziałam,
sobie przemyślałam
i mini-recenzje Wam przygotowałam
joł :)
"Fury" ("Furia") to typowy, amerykański film wojenny, zrealizowany po bożemu, bardzo schematycznie (co niekoniecznie musi być wadą). Załogę naszego czołgu tworzą oczywiście bohaterowie dobrani według gatunkowego klucza: przywódca-twardziel, przestraszony żółtodziób, nawrócony kaznodzieja, obleśny tępak + murzyn/latynos. Żółtodziób przechodzi naturalnie kwadratową do sześcianu przemianę w twardziela, bohaterowie giną z cytatami z Biblii na ustach, na końcu pojawia się Dobry, Litościwy Niemiec, a gdzieś tam w tle przemyka raz po raz biały koń - symbol utraconej niewinności. Do dopełnienia sztampy brakuje tylko kliszy z łopoczącą na wietrze amerykańską flagą, której o dziwo w filmie nie ma (pewnie są wybierane z wypożyczalni rekwizytów filmowych na potęgę i dla Davida Ayera zabrakło ;)). Powyższy opis brzmi banalnie, ale kurcze - pisałam już o tym, że schematy kina gatunkowego ROBIĄ niekiedy cały film i tak dzieje się też w przypadku "Furii"! Zwłaszcza, że główne role reżyser powierzył doświadczonym, charyzmatycznym aktorom, a sceny akcji wypadają REWELACYJNIE i wywołują w widzu iście dziecięce podniecenie :) Walki z udziałem czołgów ogląda się jak grę komputerową (przydałby się jedynie z boku ekranu migający licznik zabitych przeciwników ;)) - są dynamiczne, widowiskowe, pełne napięcia, świetnie zmontowane. Poza tym film jest brudny i momentami BARDZO brutalny, a to zawsze cieszy. Pewne odejście od schematów dostrzegam w tym, że bohaterowie nie walczą za Amerykę, kieruje nimi po prostu żądza zemsty, widać że są zmęczeni i zdewastowani wojną - podoba mi się ta perspektywa. Duży plus za scenę, w których nasz "przemieniony" bohater ze łzami w oczach krzyczy, że "chce się poddać" - to bardzo ludzkie i nadaje nieco wymiaru tekturowej postaci. Nie wdaję się w dyskusje na temat realizmu historycznego - jestem w tej materii laikiem i nie potrzebuję na siłę wyszukiwać w filmie niezgodności z historią, by psuć sobie zabawę ;) Solidna rozrywka - nic więcej, ale też nic mniej. 7/10
"Filth" ("Brud") - ależ zaskoczył mnie najnowszy film twórców kultowego "Trainspotting"!!! Komediowo-satyryczny obraz jakiego spodziewamy się po zwiastunach i jaki widzimy w pierwszej części filmu, nieoczekiwanie i sprawnie przechodzi we wstrząsający, tyrający banię dramat. A robi to tak płynnie i od niechcenia, że sama nie umiem określić momentu, w którym głupkowaty śmiech wydobywający mi się z gardła ucichł i został zastąpiony totalnym opadem szczęki. Słyszałam wiele zarzutów, że "Brud" to powtórka z "Trainspotting" - szczerze mówiąc, nie przeszkadza mi to. Film Boyle'a widziałam wieki temu i kojarzę z niego jedną, jedyną pamiętną scenę (tak, tą co wszyscy ;)), a jeśli coś jest dobre, to czemu by tego nie wykorzystać ponownie... Poza tym w "Trainspotting" nie było Jamesa McAvoya, który w nowym filmie Jona S. Bairda pokazuje niesamowity warsztat i zupełnie nowe oblicze!!! OMG, nie podejrzewacie nawet, jaki potrafi być odrażający i obleśny! I do tego błyszczy smakowitym, szkockim akcentem! Barwny drugi plan, genialny montaż i niesamowity, nieoczywisty soundtrack nabijają tylko dodatkowe punkciki w skali zajebistości! Pędźcie do kin!!! 8/10
Specjalnie na koniec zostawiłam październikową wisienką na torcie - "Gone Girl" ("Zaginioną Dziewczynę") - Davida Finchera. Nie ma co rozpisywać się o warsztacie mojego ukochanego reżysera, bo wyrażenia "mroczny, brutalny kryminał, pełnokrwiste postacie, znakomicie budowana intryga, tyrająca muzyka, genialny montaż i mistrzowska realizacja" są w zasadzie wpisane w słowa "film Davida Finchera". Tym razem twórca nieoczekiwanie zafundował nam dużo więcej - mistrzowski thriller okrasił dość wyraźnymi elementami dramatu psychologicznego. Krytycy rozpisują się o przeprowadzonej przez Mistrza skrupulatnej wiwisekcji toksycznego związku - ja posunę się jeszcze dalej i stwierdzę, że nie tylko toksycznego, ale po prostu KAŻDEGO związku ludzi mieszkających ze sobą parę lat pod jednym dachem. Większość z tych relacji nie zakończy się co prawda tak spektakularnie, jak małżeństwo Amy i Nicka, ale czyż uczucie irytacji, rozczarowania, rozgoryczenia, poczucia bycia oszukanym i pokusa wbicia partnerowi śrubokrętu w oko podczas seksu nie gości systematycznie w myślach większości osób ze stażem związkowym 5+???. Po obejrzeniu "Gone Girl" kocham Finchera jeszcze bardziej - oprócz bycia twórcą rasowych, brutalnych thrillerów okazał się także moim zaginionym bratem-bliźniakiem światopoglądowym. Po pierwszym seansie daję 9/10, ale na pewno będą kolejne.
Od dawna wiadomo, że gusta Akademii i widzów z reguły nie pokrywają się ze sobą. Wielkimi faworytami tegorocznej oscarowej Gali są "12 Years a Slave" i "American Hustle" - zwycięzcy swoich kategorii na rozdaniu Złotych Globów. W ten weekend oba trafiają na ekrany polskich kin - czy widzom spodobają się tak samo jak krytykom? Oto moje wrażenia:
Najciekawszym elementem filmu McQueena okazał się jego... opis. Historia wolnego człowieka, z którego zrobiono niewolnika - czyż nie brzmi to hardkorowo, ciężko i smutno? Niestety, tylko brzmi, bo w praktycznie dostajemy obraz nieangażujący, mało emocjonujący i zwyczajnie nudny. Trudno współczuć Solomonowi, kiedy już go poznajemy, bo okazuje się on bohaterem nijakim, biernym, pozbawionym woli walki, który tak naprawdę nic do filmu nie wnosi i jego losy niewiele nas obchodzą. Prawda, że brzmi mało ciekawie jak na centralną postać opowieści? W trailerze dudnią wykrzyczane przez niego słowa "I don't want to survive, I want live!!!" - niestety, wypowiada je na samym początku, a potem najwyraźniej zmienia zdanie... Reżyser natomiast sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, czy chce kręcić po hollywoodzku czy po swojemu, artystycznie i tworzy przez to dziwny miks, nie oferując nam ani wciągajacej fabuły ani pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów. W dodatku próbuje kupić sobie naszą uwagę nadmiernie eksponowaną i naturalistycznie ukazaną przemocą, ale kurcze - to za mało bym mogła przejąć się tym, co widzę na ekranie. Wielkie rozczarowanie.
I taka jeszcze refleksja, jeśli chodzi o warstwę ideologiczną filmu - czy tylko ja odebrałam "12 Years a Slave" jako film nieco rasistowski? ;) Wszak przedstawia czarnoskórych niewolników jako osoby wybitnie niezorganizowane, bierne, pozbawione woli do buntu, zbyt mało sprytne, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na zmianę swojego losu... SPOILER Nawet główny bohater zostaje uwolniony tylko dzięki odwadze białego człowieka i podjęciu przez niego działania.
Naciągane 6/10 - głównie przez drugi plan, który daje radę.
"American Hustle" to film dużo lżejszy i mniej zaangażowany społecznie niż film McQueena, a mimo tego przedstawiona w nim historia wciąga dużo mocniej niż ta z "12 Years a Slave" - pewnie głównie dzięki wyrazistym i rewelacyjnie zagranym postaciom. Scenariusz obrazu Russella Ameryki nie odkrywa, ale dzięki szarżom pierwszo i drugoplanowych aktorów można wsiąknąć w klimat i kibicować bohaterom. Nie podejmę się oceny, kto z i wielkiej czwórki nominowanych wypadł najlepiej (biorąc pod uwagę konkurentów w oscarowych kategoriach, nagrodę przyznałabym jedynie Cooperowi), bo każdy kradnie sobie jakąś z części filmu. Dodam za to, że wielkie wrażenie wywarła na mnie kreacja Jeremy'ego Rennera w roli dobrodusznego burmistrza Atlantic City. "American Hustle" to zabawne, zgrabnie zrealizowane kino rozrywkowe, które reżyser wyciąga na wyższy poziom dzięki fenomenalnemu prowadzeniu aktorów. Ale czy za parę miesięcy będę pamiętać o tym filmie? Wątpię.
7/10
Mając do wyboru nudne dyrdymały od McQueena i błyskotliwą rozrywkę od Russella wybieram to drugie - ale oczywiście oba filmy mogą jedynie possać fenomenalnemu "Wilkowi..." i z tego, co słyszę dookoła podzielam zdanie dużej części kinowych widzów ;)
Poznajcie ludzką stronę Cormaca
McCarthy’ego! Genialny pisarz chyba po raz drugi w karierze daje swojemu
bohaterowi wolny wybór! Postać odgrywana przez Fassbendera wiodłaby
wspaniałe życie, gdyby nie świadoma decyzja o wejściu na złą drogę. Co
więcej kilkukrotnie Cormac lituje się nad nim, mówiąc wprost, co go tam
czeka – bolito, snuff movie i ludzie, którzy „kiedy myślisz, ze nikt nie byłby w stanie zrobić czegoś tak złego – oni właśnie to robią„… Adwokat nie słucha jednak wyraźnych ostrzeżeń autora i kierowany chciwością wydaje na siebie wyrok.
W tym miejscu scenarzysta przestaje być
dobrym wujkiem i zaczyna być sobą – witajcie w świecie Cormaca
McCarthy’ego! Nie da się żyć w tym świecie, nie stając się jego częścią!
Tu nie ma miejsca na nadzieję i optymizm. Podjąłeś złą decyzję,
schodząc na drogę grzechu – nie ma dla ciebie ratunku. Cormac to 100%
nihilista i fatalista – funduje bohaterom piekło na Ziemi, a potem
beznamiętnie przygląda się, jak wiją się i męczą, nie znajdując
pocieszenia ani ulgi.
„Adwokat” nie należy do filmów łatwych i
przyjemnych, „Adwokat” to nie jest kino rozrywkowe, nie zabieraj się za
„Adwokata”, jeśli przyciąga cię tylko nazwisko Ridley’a Scotta –
reżysera w tym filmie nie ma. A jeśli jest, to tylko po to, by
realizować wizję zafascynowanego złym pierwiastkiem ludzkiej natury
scenarzysty.
Dżizas, spojrzałam właśnie na druzgocące
oceny „Adwokata” na portalach filmowych – haha, już widzę te
rozczarowane hordy biegnące z coca-colą w ręku na „nowy thriller twórcy
Gladiatora z Pittem, Bardemem i cyckami Penelope Cruiz”, dostające w
zamian niemal biblijną przypowieść o zlych wyborach i klasyczny, cormacowski moralitet o skutkach grzechu ;) Dysonans na miarę zeszłorocznego „Cosmopolis” i obecnych tłumnie na seansach fanek Roberta Pattinsona ;)
Zombie bez zombie (bo co to za zombie, co
nikogo nie zjadają?) w PG-13, zadające durne pytania dzieci z
obowiązkową astmą, wywołujące odruch wymiotny „powiedz rodzinie, że ich
kocham”, telefon dzwoniący w samym środku misji i najmodniejsza akcja
sezonu czyli wypadanie z lecącego samolotu – czy to się w ogóle mogło mi
się spodobać?
A jednak! Kiedy przymkniemy oczy i
nastawimy się na letniego blockbustera możemy dostrzec całkiem
dynamiczną akcję, fajowe CGI, napięcie, rodzinkę - która dzięki Bogu
została w domu po kilkunastu minutach filmu i nie dostała zbyt wielu
okazji do drażnienia moich receptorów „anty-kino-familijnych”, dających
się lubić bohaterów. Bardzo fajny efekt dała trzy czy nawet czterokrotna
zmiana miejsca akcji, a co za tym idzie wymiana wszystkich głównych
bohaterów – poza Bradem Pittem off course ;) Cieszyło oczy oblężenie murów w Jerozolimie. I sam pomysł na rozwiązanie zombie-zarazy ciekawy :)
Także – krwi tu nie ma, flaków nie ma,
zombie biegają, Brad Pitt biega szybciej, bo jest
super-hiper-wypasionym-soldierem, dowódcy są źli, lekarze są dobrzy,
świat zostanie uratowany – hura! Bezbolesny sposób na spędzenie upalnego
popołudnia (klima w kinie daje radę ;) ) :) Polecam, a co!