Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza kinem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poza kinem. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2012

"Drive" czyli "Love-story dla brutali"

Dla mnie bomba. W ogóle nie pojmuje, jak ten film może nudzić – a z reguly znudzić mnie łatwo – niespieszne tempo w Drive jest porywające i totalnie pochłaniające, ani przez chwilę nie mogłam oderwać wzroku od ekranu.
Muza – kosmos. Gosling – kosmos. Cały drugi plan – rewelacja.
I ogólnie mi jakoś Drive przywiał na myśl „Miami Vice” – miasto jako cichy bohater filmu, mało dialogów, niesamowita chemia między bohaterami, dopieszczone do granic możliwości zdjęcia. Z „Miami Vice” mam tak, ze uwielbiam ten film oglądać do nieprzytomności, czasem kilka razy pod rząd rozkoszując się specyficznym, odhumanizowanym klimatem, który ubóstwiam. Wydaje mi się, ze z Drive może być podobnie. Już ściągam i pewnie jeszcze dziś obejrzę drugi raz. Pewnie, że film ma wady, ale przymykam na to oczy, bo jest mega-hipnotyzujący… Cudowny, smutny, nostalgiczny.



środa, 5 grudnia 2012

"Tree of Life" czyli "Bełkot Roku"

Blog w budowie. Dotychczasowy adres: anna-roz.blog.pl

Nadchodzi czas rozstrzygania rozmaitych filmowych plebiscytów i nadrabiając zaległości z zeszłego roku doszłam do „Drzewa życia”. Muszę przyznać, że tak pretensjonalnego i nadętego filmu to nawet w Europie ze świecą szukać… Przy mallickowym bełkocie szczytowe osiągniecie mistrza pseudoartystycznego samogwałtu, Larsa von T – „Antychryst” – wydaje sie tryskać epą. Nie mówiąc już o utrzymanej w podobnym tonie „Melancholii”, która postawiona obok „Tree of Life”, zdaje się być filmem akcji ;) Na plus mój ukochany parszywy ryj Seana Penna (który oczywiście jest stworzony do krzywienia ust w grymasie „goł fak jorself, bijacz!”, a nie do patrzenia w gwiazdy z zadumą nad sensem życia) i najlepsze CGI dinozaury od czasu „Parku Jurajskiego”, serio ;) Zdecydowany top 2011 jeśli chodzi o formę bez treści i w kategorii filmy przyrodnicze.




czwartek, 1 listopada 2012

"Coriolanus" czyli "Szekspir The Master"

Uwielbiam, kiedy zupełnie niespodziewanie zostaję zgnieciona przez film, na który trafiam przypadkiem, z braku laku :)

„Coriolanus” to adaptacja sztuki Szekspira, przeniesiona we współczesne realia, ale z zachowaniem szekspirowskiego języka. Film jest przede wszystkim nieziemsko zagrany – Ralph Fiennes jako mocno psychopatyczny generał szarżuje, huczy i dudni, ale pomimo ogromu swojej roli nie przytłacza całej reszty doskonałych drugoplanowych kreacji (Menenius! Trybuni!). Jakże cudownie prezentują się sceny przed Senatem – każdy statysta z tłumu w każdej pojedynczej scenie po prostu zasługuje na Oscara swoją idealną dla danej chwili mimiką.

Film też udowadnia moją prywatną tezę o boskości Szekspira – pokazuje, jak uniwersalne i ponadczasowe są jego dramaty. A dylematy moralne, z którymi stykają się bohaterowie, sprawiają, że zaczynam odnosić wrażenie, iż postacie dramatyczne rozpisane przez współczesnych scenarzystów, z większości filmów na przestrzeni ostatnich lat, mają życie miodem i mlekiem płynące i who, w ogóle, cares…



wtorek, 3 lipca 2012

"The Divide" czyli "Lepiej zostać samem niż w złym towarzystwie"

Frank Darabont nakręcił parę lat temu mocarny film pod tytułem „The Mist”, którego przesłanie było mniej więcej takie, że w obliczu katastrofy bezpieczniej zostać samemu niż z innymi ludźmi. Tezę tę właśnie w „Divide” potwierdza Xavier Gens, którego nigdy wcześniej nie podejrzewałabym o posiadanie nawet resztek mózgu – wszak na liście jego dotychczasowych osiągnięć notujemy takie anty-dzieła jak debilny „Hitman”, czy obrzydliwe „Frontiere(s)”.

Nie podejmę się rozstrzygnąć, czy jest to dobry film, ale z pewnością „Divide” to twór niewygodny i niepozwalający łatwo usunąć się z pamięci. Jest to taki typ filmu, po którym odechciewa się czegokolwiek, a w szczególności kontaktów międzyludzkich. Gwarantowana przynajmniej tygodniowa depresja i socjopatia podsycona o przynajmniej trzy levele.




poniedziałek, 23 stycznia 2012

"Moneyball" czyli "Orzeźwiająca łyżka dziegciu"

Kiedy w grudniu wybierałam film, na który chcę iść do kina, odrzuciłam „Moneyball” od razu, stwierdzając, że nie może być nic gorszego niż dłuuuugi, biograficzny, skrojony pod Oscary film o grze, której zasad nigdy nawet nie próbowałam zrozumieć. Wczoraj obejrzałam i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona! Całość zaczyna się i rozwija, jak w typowym dłuuuugim, biograficznym filmie skrojonym pod Oscary, ale kiedy człowiek oczekuje, oczywiście głęboko wzruszony, przesłodzonego do bólu happy-endu, dostaje przyjemnie orzeźwiającą łyżkę dziegciu :) No i film jest całkiem zrozumiały nawet dla bejsbolowych ignorantów.