sobota, 1 lutego 2014

"12 Years a Slave" vs "American Hustle" czyli "Starcie gigantów"

Od dawna wiadomo, że gusta Akademii i widzów z reguły nie pokrywają się ze sobą. Wielkimi faworytami tegorocznej oscarowej Gali są "12 Years a Slave" i "American Hustle" - zwycięzcy swoich kategorii na rozdaniu Złotych Globów. W ten weekend oba trafiają na ekrany polskich kin - czy widzom spodobają się tak samo jak krytykom? Oto moje wrażenia:


Najciekawszym elementem filmu McQueena okazał się jego... opis. Historia wolnego człowieka, z którego zrobiono niewolnika  - czyż nie brzmi to hardkorowo, ciężko i smutno?  Niestety, tylko brzmi, bo w praktycznie dostajemy obraz nieangażujący, mało emocjonujący i zwyczajnie nudny. Trudno współczuć Solomonowi, kiedy już go poznajemy, bo okazuje się on bohaterem nijakim, biernym, pozbawionym woli walki, który tak naprawdę nic do filmu nie wnosi i jego losy  niewiele nas obchodzą. Prawda, że brzmi mało ciekawie jak na centralną postać opowieści? W trailerze dudnią wykrzyczane przez niego słowa "I don't want to survive, I want live!!!" - niestety, wypowiada je na samym początku, a potem najwyraźniej zmienia zdanie... Reżyser natomiast sprawia wrażenie, jakby sam nie wiedział, czy chce kręcić po hollywoodzku czy po swojemu, artystycznie i tworzy przez to dziwny miks, nie oferując nam ani wciągajacej fabuły ani pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów.  W dodatku próbuje kupić sobie naszą uwagę nadmiernie eksponowaną i naturalistycznie ukazaną przemocą, ale kurcze - to za mało bym mogła przejąć się tym, co widzę na ekranie. Wielkie rozczarowanie.

I taka  jeszcze refleksja, jeśli chodzi o warstwę ideologiczną filmu - czy tylko ja odebrałam "12 Years a Slave" jako film nieco rasistowski? ;)  Wszak przedstawia czarnoskórych niewolników jako osoby wybitnie niezorganizowane, bierne, pozbawione woli do buntu, zbyt mało sprytne, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na zmianę swojego losu... SPOILER Nawet główny bohater zostaje uwolniony tylko dzięki odwadze białego człowieka i podjęciu przez niego działania.

Naciągane 6/10 -  głównie przez drugi plan, który daje radę.







"American Hustle" to film dużo lżejszy i mniej zaangażowany społecznie niż film McQueena, a mimo tego przedstawiona w nim historia wciąga dużo mocniej niż ta z  "12 Years a Slave" - pewnie głównie dzięki wyrazistym i rewelacyjnie zagranym postaciom. Scenariusz obrazu Russella Ameryki nie odkrywa, ale dzięki szarżom pierwszo i drugoplanowych aktorów można wsiąknąć w klimat i kibicować bohaterom. Nie podejmę się oceny, kto z i wielkiej czwórki nominowanych wypadł najlepiej (biorąc pod uwagę konkurentów w oscarowych  kategoriach, nagrodę przyznałabym jedynie Cooperowi), bo każdy  kradnie sobie jakąś z części filmu. Dodam za to, że wielkie wrażenie wywarła na mnie kreacja Jeremy'ego Rennera w roli dobrodusznego burmistrza Atlantic City. "American Hustle" to zabawne, zgrabnie zrealizowane kino rozrywkowe, które reżyser wyciąga  na wyższy poziom dzięki fenomenalnemu prowadzeniu aktorów. Ale czy za parę miesięcy będę pamiętać o tym filmie? Wątpię.

7/10






Mając do wyboru nudne dyrdymały od McQueena i błyskotliwą rozrywkę od Russella wybieram to drugie - ale oczywiście oba filmy mogą jedynie possać fenomenalnemu "Wilkowi..." i z tego, co słyszę dookoła podzielam zdanie dużej części kinowych widzów ;)

A co Wy myślicie o wyżej wymienionych filmach?

4 komentarze:

  1. To nie przypadek Korine'a, nie można powiedzieć, że król jest nagi.

    Obydwa filmy są bardzo dobre, każdy z jakiegoś powodu. 12 years a Slave, daje przede wszystkim dzięki bardzo dobrym zdjęciom pozwala inaczej spojrzeć na temat, z którym Hollywood nie rozliczył się nigdy do końca. Zastanawiam się jednak dlaczego bohatera nie postawiono w kwestii wyborów, tak jak miało to miejsce w książce... Mam wrażenie, że te elementy ograniczono do absolutnego minimum, może żeby pokazać bohatera w lepszym świetle. Z drugiej strony dzięki temu scena biczowania jest bardziej dramatyczna....

    Co do American Hustle - kompletnie nie rozumiem zachwytów. Mam wrażenie, że reżyser który o mało nie pobił członków swojej obsady podczas realizacji "I Heart... " tutaj dał aktorom wolną rękę. Może na początku miał jakieś uwagi, ale potem wyrzucił dialogi do kosza i dał im się wyszaleć. Zresztą do tego stopnia pokochał swoich aktorów, że pozwolił nawet na kompletnie poroniony pomysł obsadzenia J. Lawrence w roli przyszłej byłej żony... Jej postać... z dzieckiem? To wyglądało jakby nastolatka w szkolnym przedstawieniu dostała główną rolę w Kotce na gorącym... Jakaś kompletna obsuwa.

    Sam film też był na granicy "zabawności" tak jest kilka scen które bawią, czasem wynika to ze świetnej gry, a czasem z dobrego pomysłu w scenariuszu... Ale zdecydowana większość filmu jest po prostu niezręczna... Inaczej, niezręcznie czułem się patrząc na ekran oglądając prawie wszystkie sceny z Bale'em, scenę tłuczenia Luisa C.K. telefonem... naprawdę rozbawiła mnie tylko scena z "Szejkiem".

    Do tego historia... opowiedziana jest jakby bez szacunku dla scenariusza. Nikomu nie zależy na jak najlepszym opowiedzeniu czegokolwiek. Wszyscy skupiają się na emocjonalnym rozgryzieniu każdej kolejnej sceny. Przez to danie wolnej ręki aktorom zamiast jednego spójnego filmu mamy 4 krótkie metraże, które można uzupełnić jakimś dziwnym spojeniem interakcji pomiędzy bohaterami. Przyznam się, że gdybym przed seansem nie znał historii tego przekrętu to za nic w świecie nie połapał bym się o co tam chodziło tak do końca. Zresztą jak mam się połapać w historii, kiedy ciągle jestem emocjonalnie wciągany w zderzenia między aktorami...

    Całkowicie zgadzam się z Autorką - obydwa filmy mogą possać Martinowi i Leo... Wilk to bez dwóch zdań najlepszy film roku, który przyćmiony może być tylko przez Her, ale to dwie zupełnie różne kategorie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam na "Her" z niecierpliwością :)

      Usuń
  2. 12 Years a Slave - dawno się tak nie wynudziłem na filmie. A apetyt na ten film miałem spory. Film był randką w ciemno, na którą zamiast interesującej, zgrabnej dziewczyny przyszła pryszczata małolata z biblią pod pachą, proponująca mi rozmowy o przemijaniu....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam podobną traumę po "Rum's Diary" (czy jakoś tak) - przyszedł koleś, którego łatwiej było przeskoczyć niż obejść ;) Zasadniczo nie była to jednak randka w ciemno, bo kilka lat wcześniej widywałam tegoż osobnika - ubzdurałam sobie jednak, ze skoro zaprasza mnie na randkę to znaczy, ze schudł ;) Nie wiem, co ja sobie myślałam ;)

      Usuń