I podany przeze mnie podtytuł uznajcie za wielki komplement. Bo
„Królowie lata” prawdopodobnie nie leczą raka, nie nawracają Mormonów na
Islam ani nie przesuwają gór – są za to idealnym przykładem filmu
uspokajającego, kojącego i wywołującego pozytywne emocje. Taka lajtówka
podana bez banału, ale też bez wzdęcia, okraszona inteligentnymi
dialogami, lekko ironicznym, ale nie nachalnym, bezpiecznym humorem i
nieprzeszarżowanymi kreacjami aktorskimi. Do tego całość pięknie spięta
chilloutową, krzepiącą muzyką i urokliwymi zdjęciami. Magia w wydaniu
na co dzień :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 listopada 2013
środa, 28 sierpnia 2013
"Blue Jasmine" czyli "Woody Allen na (pół) poważnie)
Nowy film Woody’ego Allena wypada nader
poważnie na tle poprzednich kilku propozycji słynnego reżysera – po
pierwsze daje do myślenia (czy ja też w obliczu katastrofy finansowej
zostawiłabym sobie walizki Louis Vuitton ;) ), po drugie uczy (najpierw rozwiedź się ze zdradzającym mężem i
zgarnij pół królestwa, a dopiero potem dzwoń po FBI), po trzecie zmusza
do poszukiwań (Filmwebie – skąd ja znam tego aktora???? aaa Boardwalk
Empire, oczywiście!!!).
Oczywiście, że trywializuję, ale podobnie
stara się postępować Allen, tworząc klasyczny komediodramat – rozpad i
depresja głównej bohaterki skryte są pod zasłona zgrabnego, lekkiego
humoru. Kiedy natomiast wyśmiejemy już z siebie cały śmiech – pozostaje
uczucie głębokiego smutku, zadumy i goryczy. I muszę przyznać, że choć
przynajmniej ze dwa wcześniejsze filmy egocentrycznego reżysera dawały
do myślenia, to żaden nie zostawiał widza z takim poczuciem żalu i
przygnębienia.
Myślę, że ze względu na typowy dla Allena
humor i charakterystyczną neurotyczność postaci „Blue Jasmine” spodoba
się każdemu wiernemu fanowi twórcy – natomiast ze względu na przekaz i
doskonałą kreację narastającej depresji zaprezentowaną przez cudowną
Cate Blanchett (Oscara tej pani!) ma szansę spodobać się też reszcie
publiczności. Brawo! Jestem pod dużym wrażeniem!
sobota, 29 grudnia 2012
"Sinister" czyli "Horror obyczajowy"
Och, „Sinister” jest naprawdę, naprawdę,
naprawdę przerażający. Nawet nie wiem, czy powinnam go oceniać, bo pół
seansu przesiedziałam pod kołdrą albo z zamkniętymi oczami ;). O dziwo, ogromną cześć filmu stanowi watek obyczajowy oraz ekspozycja
głównego bohatera i jego mozolnego śledztwa. Ethana Hawke’a zaczynamy
mimowolnie lubić i nie jest nam obojętny, jak 99% postaci w horrorach.
No i kibicujemy mu, nie chcemy, żeby temu wzbudzającemu litość looserowi
stała się jakaś krzywda :) W sumie poza sledztwem niewiele tak naprawdę na ekranie się dzieje –
bohater łazi po domu z butelka whisky, w porozciąganym swetrze, ogląda
cały czas te same taśmy (brrrrr), słyszy jakieś szelesty, widzi jakieś
cienie – a my w tym czasie dosłownie robimy pod siebie ze strachu.
Okresy między jednym „boom” a drugim są rozciągnięte do granic ludzkiej
wytrzymałości i wypełnione tak mrocznymi, ambientowymi brzmieniami, że
jęczymy, wijemy się i błagamy, żeby wreszcie coś skądś wyskoczyło, by
choć na maluśką chwile ciśnienie opadło. Nie lubię filmów o demonach, duchach,
zmarłych dzieciach z podbitymi oczami które szlajają się po korytarzach
nawiedzonych domów, ale wbrew pozorom w „Sinisterze” jest tego jak na
lekarstwo. A najlepszą rekomendacja niech będzie
opinia MPAA – filmowi kręconemu pod PG13 (czyli bez cycków, flaków,
fucków – no dobra, dwa dozwolone, ale nie w kontekście seksualnym ;)
i innych zwyrodnień piętnowanych przez księży z ambony), który w
dodatku te wymagania PG13 spelnił i tak przyznała „eRkę”, w uzasadnieniu podając, ze „film jest zwyczajnie zbyt straszny”:D.
piątek, 28 grudnia 2012
"Hobbit" czyli "Krasnoludzie ścierwo"
„Hobbit” jest dłuuuugi, nudny, rozwleczony, infantylny – czyli dokładnie taki, jak się tego spodziewałam ;)
. Nie podejrzewałam jednak, że będzie tak nieangażujący emocjonalnie.
No bo jak można się przejmować losami bohaterów, skoro z wszelkich
opresji wychodzą zawsze bez szwanku tylko dzięki przybiegającemu w
ostatniej chwili Gandalfowi? Bo gdyby nie jego interwencje to wszyscy
zginęliby na lajcie w 30 minucie opowieści. I potem w 60 minucie, 90,
120 i tak do końca filmu… Zieeew.
Lubię kino czysto rozrywkowe, nastawione
na „pure fun”, potrafię wiele usprawiedliwić konwencją i naprawdę
mogłabym sobie po prostu bez większego bólu i zaangażowania oglądać
śliczne obrazki i cieszyć oczy 3 de sztuczkami (klasa, klasa) – niestety
w „Hobbicie” uniemożliwiły mi to kloaczne żarty na poziomie warzyw. Nie
wiem, może jestem już stara, a może połknęłam jakiś wyjątkowo długi kij
w którymś momencie mojego życia, ale bekające krasnoludki i hobbit
umazany w glutach wywołują u mnie obrzydzenie, zażenowanie i
natychmiastową chęć wyjścia z kina – a nie rozbawienie.
I tak – gdyby pozbawić „Hobbita”
elementów tego rynsztokowego humoru i całość zmieścić w jeden film, a
nie na siłę wydłużać, wciskając gdzie się da przenuuuuudne sceny
(impreza w hobbickiej norze, czarodziejski „kongres” w mieście elfów,
chyba 20 minutowa konfrontacja Baggins-Gollum), to powstałba przyjemna,
ciesząca oko historia dla całej rodziny. No a tak nie powstała.
I chciałabym napisać „nieee, weźcie nie idźcie na to, nie warto”, ale przecież i tak pójdziecie ;)
niedziela, 23 grudnia 2012
"Lawless" czyli "Oldman robi rożnicę"
Nakręcony „po bożemu”, na poważnie, bez
odrobiny postmodernizmu. Idealnie oddaje klimat wiejskiego zadupia z
czasów prohibicji (albo przynajmniej moich o nim wyobrażeń ;) ). Do tego wyśmienita ekipa aktorska: Hardy harczy jak rasowy
wieśniak, Szyja udowadnia, że wcale nie jest aż taki transformers,
Clarke jest dziki i nieokrzesany, Pearce diaboliczny i obleśny, a
Chastain i Wasikowska naprawdę nie przeszkadzają, co często ma miejsce w
przypadku ról żeńskich w filmach z założenia męskich i kipiących
testosteronem.
I dopiero kiedy na dosłownie dwie minuty
pojawia się Gary Oldman i „robi rożnice”, bo swoją charyzmą dosłownie
rozsadza ekran przez co zwiększa poziom epickości dziela do +miliard,
zadajemy sobie pytanie, wtf, kim są w ogóle ci pozostali aktorzy? I po
co ich w ogole pokazywać, skoro jest Gary, c’moon!? I gdzie oni uczyli
się grać? W kółku teatralnym przy szkółce niedzielnej? ;) I tak wygląda różnica między aktorem wyśmienitym a aktorem kultowym ;)
Ale to taka moja mała dygresja, mająca na
celu pokazanie mojego ponadnaturalnego uwielbienia dla Gary’ego
Oldmana. A film naprawdę zacny.
piątek, 21 grudnia 2012
"Anna Karenina" czyli "Świat jest teatrem"
Nie ośmielę się nazwać „Anny Kareniny”
„omszałą powieścią”, ale muszę przyznać, że reżyser Joe Wright tchnął w
dzieło Tołstoja nowe życie. Niebanalne i bardzo oryginalne
przedstawienie opowieści jako sztuki teatralnej przydaje jej mnóstwo
świeżości. Do tego zmieniająca się jak w kalejdoskopie scenografia
nadaje filmowi niesamowitego rytmu, dzięki któremu widz biegnie, wiruje,
wręcz tańczy razem z przedstawioną historią (scena balowa – Chryste
Panie – magia po stokroć!).
Niestety, kiedy ciężar opowieści rośnie i
z uroczej, obyczajowej historyjki ma zmienić się ona w angażujący
dramat, rady nie dają odtwarzający główne role aktorzy. Grająca
tradycyjnie cały film jedną miną K. Knightly potrafi jedynie zirytować, a
fircykowaty A.T. Johnsson robi się drewniany i nieautentyczny. Radę
daje natomiast Jude Law, obsadzony w dość niespotykanej dla siebie roli i
jedynie jego postać wzbudza jakieś emocje (czy podejrzewaliście
kiedykolwiek, że może być taki aseksualny???? ;) ). Dobrze wypada też drugi plan.
Mimo wszystko niezwykła forma na pewno
wyróżnia „Annę Karenine” na tle innych filmów kostiumowych i z czystym
sumieniem mogę polecić seans. Natomiast jeśli szukamy historii o
rozdarciu moralnym, definicji grzechu i odwiecznym zadawaniu sobie
pytania „warto/niewarto” – literacki pierwowzór miażdży film Wrighta z
kretesem.
środa, 19 grudnia 2012
"7 Psychopaths" czyli "Jak powinno się kręcić komedie"
Ależ ja uwielbiam takie filmy! Takie,
które potrafią bawić się same ze sobą, zabawnie łamać konwencję, by
potem uroczo jej ulegać, mrugając okiem do widza. Takie, w których
absurd goni absurd, dialogi mimo całego swojego „bycia cool” wypadają
naturalnie, a głupkowate motywy łączące się w niewiarygodne wątki
naprawdę doprowadzają do niekontrolowanych wybuchów śmiechu u widza, nie
obrażając jednak jego inteligencji (czyt. żadnego bekania i glutów z
nosa ;)
). Takie w których widać, że podczas kręcenia przyjemnie iskrzyło, a
aktorzy doskonale wpasowali się w konwencję i świetnie bawili się na
planie.
I nie, nie nakręcił tego Quentin „ale
jestem super-wyluzowany i wcisnę nachalnie w każdy dialog 20 nawiązań do
popkultury” Tarantino. Twórca jest mniej znany, świeższy,
naturalniejszy i w swoim czterdziestoletnim życiu zdążył stworzyć już
takie boskie dzieło jak niedoceniony w Polsce „In Bruges”. Martin
McDonagh, proszę Państwa. Wpisuję go na moja listę „bacznie
obserwowanych” ;)
PS. Uwielbiam sposób, w jaki C. Farrell wymawia słowo „fuck”:)
sobota, 1 grudnia 2012
"Moonrise Kingdom" czyli "Magia od Wesa Andersona"
Znacie Wesa Andersona? Ależ ten facet ma
poczucie humoru – inteligentne, delikatnie absurdalne, leciutko
ironiczne, takie jakby ciut zawadiackie.
A wiecie, jakie filmy najbardziej lubię?
Te subtelnie wypełnione od spodu dziwną magią, czarem, blaskiem; takie, w
których bliżej nieokreślone „coś” pulsuje pod powierzchnią – trochę
tajemniczo, trochę przyciągająco, trochę złowieszczo.
A co może powstać, kiedy obdarzony
idealnym poczuciem humoru reżyser-wizjoner stworzy taki właśnie film? No
na przykład „Moonrise Kingdom”.
Słodko-gorzka, mocno nostalgiczna,
pozbawiona sztampy, urokliwa, nasycona cudownością, podszyta
baśniowością, lekka, ale nie banalna historia. O zderzeniu dziecięcej
naiwności i wiary w spełnienie marzeń ze zgnuśnieniem, biurokracją,
monotonią, rezygnacją u dorosłych. Tematyka może niezbyt odkrywcza,
akcja – może nawet schematyczna, zgoda. Jeśli jednak do całości dodamy
niebywały talent Andersona do snucia historii, brak napuszenia,
perfekcyjnie wystylizowane kadry i okrasimy całość elektryzującą muzyką,
powstanie idealne połączenie kina artystycznego z komercyjnym. Dla mnie
bomba.
piątek, 23 listopada 2012
"Skyfall" czyli "Wizualna orgia"
W sprawie „Skyfall” powiem tyle –
ZDJĘCIA, ZDJĘCIA, ZDJĘCIA (Szanghaj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Płonąca
Szkocja!!!!!!)!!!!!!!! Aż sprawdziłam sobie kto odpowiada za popełnienie
tych arcypięknych kadrów – otóż mój nowy idol nazywa się Roger Deakins i
gdybym miała tusz w drukarce, to prawdopodobnie wydrukowałabym sobie
jego zdjęcie, powiesiła nad łóżkiem i co rano odprawiała nabożeństwa ku
Jego chwale.
A sam Bond – łazi nieogolony, ale po skoku na pociąg poprawia mankiety ;) , pije Heinekena, otrząsnął się już po śmierci Vesper i powrócił do zaliczania wyjątkowo ślicznych kobiet – good for him :)
Do tego pełno w filmie tak zwanych „smaczków” dla miłośników serii, wielka frajda – jestem fanką takich zabiegów, a cała historia 007 zatacza w pewnym sensie koło i ciekawie się zazębia, dobrze rokując na przyszłość.
Do tego +miliard za Q i sprowadzenie jego postaci do takiej nieco (w sumie bardzo ;) ) nerdowskiej konwencji :)
Jedyny zgrzyt to dla mnie Bardem – rola przeszarżowana, zbyt groteskowa, będąca nachalną kalką Jokera z TDK, pasująca do Bonda jak pięść do nosa. Ale nvmd. I tak wyszłam nasycona i zadowolona :)
Do tego pełno w filmie tak zwanych „smaczków” dla miłośników serii, wielka frajda – jestem fanką takich zabiegów, a cała historia 007 zatacza w pewnym sensie koło i ciekawie się zazębia, dobrze rokując na przyszłość.
Do tego +miliard za Q i sprowadzenie jego postaci do takiej nieco (w sumie bardzo ;) ) nerdowskiej konwencji :)
Jedyny zgrzyt to dla mnie Bardem – rola przeszarżowana, zbyt groteskowa, będąca nachalną kalką Jokera z TDK, pasująca do Bonda jak pięść do nosa. Ale nvmd. I tak wyszłam nasycona i zadowolona :)
wtorek, 25 września 2012
"Savages" czyli "Zioło, kartele i nogi Blake Lively"
Swoimi ostatnimi dokonaniami Olivier Stone wyrzucił siebie z hukiem z
listy moich topowych reżyserów (pewnie nad tym strasznie ubolewa i musi
chodzić do psychoterapeuty ;)) i na „Saveges” śliniłam się tylko ze względu na Blake Lively – mój
aktualny numer jeden na liście kobiet, które mnie inspirują.
Tymczasem jest naprawdę świetnie! Oldskulowo, bezkompromisowo, brutalnie, w starym stone’owskim stylu, z odrobiną psychodeli i wiksy, ale przy tym bardzo świeżo. „Saveges” przywodzi na myśl kultowe „U-turn”, a w pewnych momentach nawet troszkę „Urodzonych morderców”.
Blake robi to, co ma robić – jest piękna, fajnie wypada Kirch jako koleś, którego ewidentnie jara rozwałka i wojna, tarmosi również zazwyczaj nietrawiony przeze mnie Travolta, kradnąc kilka scen, ale prawdziwą jazdę urządza Benicio del Toro w roli obleśnego psychopopaty-zwyrola. Mrał.
Do tego orzeźwiający, energetyczny soundtrack, w którym fajnie przeplatają się świeże, letnie kawałki z elektronicznymi, czystymi dźwiękami i nawet odrobiną meksykańskiego hip-hopu. Super, polecam.
wtorek, 18 września 2012
"Bachelorette" czyli "Jedna Kirsten Dunst wiosny nie uczyni"
Skrupulatne wypełnianie postanowienia o
50 filmach w kinie w tym roku musiało w końcu doprowadzić mnie do
obejrzenia filmu, na który w normalnych warunkach wołami by mnie nie
zaciągnięto. Poza tym powszechnie wiadomo, ze jestem ogromną fanką
ślicznej buźki Kirsten Dunst, więc uznałam, że to dobra okazja, by
przełknąć dumę i spróbować się dobrze bawić.
No i się nie dało. Film, jak można się
było spodziewać, nie ma żadnego sensu, ładu ani składu, ale przede
wszystkim produkcja ta zupełnie nie śmieszy. Naprawdę starałam się
wyluzować i znaleźć jakiś punkt zaczepienia, by to wytrzymać, ale
żenujące dialogi, szczególnie te dotyczące seksu (czyli 80% filmu),
osiągały z każdą minutą wyższy poziom dna, a na mojej twarzy zamiast
uśmiechu malowało się tylko jedno wielkie WTF???. I to nie jest tak, że
nie potrafię się dobrze bawić na głupiutkiej komedii – bo naprawdę czuję
wielką radochę oglądając „Road Tripp”, czy „There’s sth about Mary” np.
To że film był masakrycznie słaby jakoś
bym przełknęła, ale nie potrafię przełknąć reakcji widowni, która
UMIERAŁA ze śmiechu co 2 minuty… Patrzyłam i słuchałam z niedowierzaniem
:/ Serio, ludzie, naprawdę??? I opuściłam salę zniesmaczona nie tyle
samym filmem, co kondycją widowni – choć po wysłuchaniu słynnej rozmowy
typiarskiej pary przed „Safe Housem”, o której pewnie wielu z Was
opowiadałam, co ja się głupia jeszcze dziwię…
Jedynie Kirsten Dunst daje radę i zapiera dech w piersiach. Piękna, cudowna, zniewalająca.
piątek, 31 sierpnia 2012
"The Amazing Spiderman" czyli "Blockbuster roku"
Z trzech wielkich i niecierpliwie wyczekiwanych letnich blockbusterów
TAS-M podobał mi się najbardziej. O żenadzie „Prometeusza” nawet nie
chce mi się wypowiadać. Batman jak to u Nolana – niby fajnie-fajnie, ale
zabija go ta pseudo-realistyczna konwencja w połączeniu z miliardem
idiotyzmów, jakimi naładowany jest scenariusz. Natomiast nowy Spiderman
jest lekki, nienadęty, zabawny, emocjonujący, sprawnie nakręcony –
idealna adaptacja komiksu. A Garfield w roli Parkera to po prostu
przekozak!!! Niby delikatny, niby nieśmiały, niby wycofany, ale jak
daleko mu do przerysowanej ciapowatości Maguire’a, która tak mnie
wkurzała w Spidermanach od Raimiego. Wypas, no.
czwartek, 30 sierpnia 2012
"Cosmopolis" czyli "Anty-odyseja"
„Można nakręcić film bez przemocy i
seksu, tylko po co?”, „Uwielbiam seks jako chorobę weneryczną.
Identyfikuję się z pasożytami wywołującymi gorączkę seksualnej agresji” –
te cytaty dla mnie najtrafniej definiują Cronenberga jako twórcę. Jego
wczesne filmy przepełnia perwersyjny, ocierający się o pornografię seks,
wyuzdana przemoc, obrzydliwa, odrażająca fizyczność, obraz świata jako
sennego koszmaru i mocno odhumanizowana wizja zgniłego, rozkładającego
się społeczeństwa. Powstają przez to twory odpychające i magnetyzujące
zarazem. Takie, które można raz uznać za wybitne, a potem już nigdy w
życiu nie chcieć do nich wracać.
Taki też jest „Cosmopolis” – z jednej
strony przepełnia go filozoficzny bełkot, z drugiej strony bełkot ten
niebezpiecznie wciąga i fascynuje. Z jednej strony śmiertelnie
przynudza, z drugiej strony przynudzanie to niesamowicie hipnotyzuje. Z
jednej strony irytuje zblazowanym wyrazem twarzy Pattinssona, z drugiej
strony ten wyraz twarzy można uznać za jedyny słuszny, mający prawo się
pojawić w odpowiedzi na wpychającą się ze wszystkich stron do limuzyny
bohatera rzeczywistość.
Cronenberg stworzył surrealistyczną, okrutną, postmodernistyczną odyseję, przestylizowaną, kiczowatą i prowokującą – nie jest to kino dla każdego, ale ja takiego Cronenberga uwielbiam i chłonę od lat. Przez skórę i wszystkimi dostępnymi zmysłami.
Cronenberg stworzył surrealistyczną, okrutną, postmodernistyczną odyseję, przestylizowaną, kiczowatą i prowokującą – nie jest to kino dla każdego, ale ja takiego Cronenberga uwielbiam i chłonę od lat. Przez skórę i wszystkimi dostępnymi zmysłami.
piątek, 3 sierpnia 2012
"The Awakening" czyli 'Dominic West na tropie duchów"
Spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, bo ogólnie nie lubię filmów o
duchach. Ten postanowiłam obejrzeć tylko ze względu na obsadę. Jedną
czwartą przyjemności z seansu odbiera coprawda reklamowanie „Szeptów”
jako „w stylu Innych”, przez co pewne twisty wydają się oczywiste już od
początku i nie ma jakiegoś szczególnego kopa w głowę na końcu, ale cała
reszta – full wypas. Nieziemski klimat, piękna muzyka i uroczo
przewrotne zakończenie (uwielbiam je!). A największe brawa dla speców od
castingu – wszystkie role obsadzone perfekcyjnie!
No i wkręcił mi się na tyle, że nawet sny miałam w temacie, za co wielki plus, bo raczej jestem na takie rzeczy odporna ;)
wtorek, 26 czerwca 2012
"Hodejegerne" czyli "Perła w morzu skandynawskiej kupy"
Musiałam trochę ochłonąć i przejrzeć
dokładnie listy, ale oznajmiam radośnie, iż na półmetku moich kinowych
zmagań, trafiłam wreszcie na prawdziwą perłę :)
Nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że o wizycie w kinie przesądziła
obecność w trajlerach Nikolaja „Kingslejera” Coster-Waldau i aż nie chcę
myśleć, co bym przegapiła, gdyby moje kobiece upodobanie do
niepodciętych i niedogolonych blondynów nie wzięło góry nad torsjami
jakich dostaję na dźwięk słów „skandynawskie kino” :D
W „Łowcach Głów” uwodzą nas pełnokrwiste,
świetnie rozpisane i genialnie zagrane postacie, wciąga niebanalna
intryga, oparta na pięknie rozrzuconych po lodówkach i szafach tropach,
które cudownie połączą się w finale ku uciesze gawiedzi, urzeka płynne
przejście z konwencji sterylnego heist movie do rasowego survivalu,
dodaje smaku szczypta klasowego gore… Najważniejszą sprawą jest jednak
główny bohater – szczerze polubiłam gościa od pierwszej sekundy i całym
sercem i duszą, obgryzając paznokcie i gryząc usta do krwi, kibicowałam
mu – ile sił – walcz!!! broń się!!! uciekaaaaj!!!! TAK TYYYyyy, który
masz 168 cm wzrostu!!! A NIE ty 190 centymetrowy Jaime Lannisterze!!! ;)
Jeszcze w grudniu byłam pewna, że takie
emocje i pierwsze miejsce w półrocznym rankingu ma zaklepane Fincher i
jego adaptacja książki nieboszczyka Larssona – a tu proszę – film na
podstawie prozy nie-nieboszczyka Jo Nesbo wygrywa w przedbiegach.
Norwegia-Szwecja 1:0 :)
piątek, 25 maja 2012
"Iron Sky" czyli "Kosmonazistyczne jaja"
Jeśli film z założenia ma być głupi, to
naturalne jest, że pewne rzeczy wybacza mu się bez przeszkód i zwala
wszystko na konwencję. Infantylna treść – wybaczona, schematyczni do
bólu bohaterowie – wybaczeni, akcja w której banał goni banał –
wybaczona… Niestety, mimo szczerej sympatii do tej produkcji
(sfinansowanej w dużej mierze przed fanów!) nie da się przejść do
porządku dziennego nad nieporadnością reżysera, który średnio radzi
sobie ze stopniowaniem akcji i wytwarzaniem napięcia. Dużo scen jest po
prostu zbyt wolnych, muzyka nie współgra z filmem i na ekran zwyczajnie
wkrada się nuda. A nuda jak powszechnie wiadomo – zabija. Mimo wszystko
fajnie, że w Europie potrafi powstać film kręcony bez połkniętego przez
twórców kija, do tego z techniczną stroną (w tym CGI) na naprawdę
hollywoodzkim(!) poziomie.
I jak na film, przed którego seansem miał
miejsce dialog: „Myślałam, że Ty chciałeś iść na ten film” „A ja
myślałem, że to Ty chciałaś iść na ten film” – to całość i tak wypada na
plus i jest całkiem spoko ;)
sobota, 28 kwietnia 2012
"The Cabin in the Woods' czyli "Balsam dla duszy horroro-freaków"
Aaaaaa! Super zabawa konwencją dla miłośników slasherów! Czyli co się
dzieje, kiedy nie można nigdzie znaleźć durnej blondynki, głupek nie jest
wcale taki głupi, teoretycznie tępy osiłek kończy renomowaną uczelnię, a
dziewica… cóż, nie jest dziewicą ;)
Dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie. I korytarz rodem z Lśnienia
wypełniony krwią po brzegi – iście orgazmiczny obraz dla takiego
slasherowego freaka jak ja!!! I Pinhead! AAAAA! A mój przyszły mąż musi
posiadać poziom charyzmy przynajmniej zbliżony do Chrisa Hemswortha – bo
doścignięcie go jest – nie wahajmy się użyć tego słowa – niewykonalne.
Polecam. Bardzo bardzo. Amen.
środa, 25 kwietnia 2012
"We Bought a Zoo" czyli "Scarlett dawno nie wyglądała tak pięknie"
Prawda jest taka, że czułam się niejako zmuszona do obejrzenia tego
filmu – wiadomo, Scarlett. Niezręcznie mi szło proponowanie wyjścia nań
koleżance, a wymawiając tytuł przy kasie, byłam mocno zażenowana…
Tymczasem – kurde – nie wierzę, że to piszę, ale film, który zapowiadał
się na opowieść do kotleta o 13:00 w niedzielę na Polsacie, okazał się
wręcz uzdrawiający. Duża zasługa w tym na pewno sprawnej ręki Camerona
Crowe’a – reżysera, który jest prawdziwym specjalistą w mówieniu o
uczuciach. Do tego urzekająca damska część obsady – Scarlett dawno nie
wyglądała tak ślicznie, a u jej boku błyszczą świeżutka jak wiosna E.
Fanning i słodziutka jak miś koala M.E. Jones. I nawet Matt „Drewno”
Damon w roli przeciętnego faceta daje radę! Do tego cudowna, co ja gadam
– przecudowna muzyka Sigur Ros! Historia to prosta, bardzo naiwna, ale
opowiedziana z takim taktem i ciepłem, że człowiekowi maluje się uśmiech
na twarzy… i na duszy. Na moją wiosenną depresję – idealny lek.
czwartek, 29 marca 2012
"Shame" czyli "Ale o co ten szum?"
Po seansie towarzyszyło mi pytanie – o co
właściwie cały ten szum? Po pierwsze średnio mnie przekonuje teza o
seksoholizmie Brandona, jakieś to naciągane trochę. Super przystojny,
singiel, z kupą kasy – kto na jego miejscu nie zachowywałby się tak
samo? Bardziej widzę „Shame” raczej jako film o emocjonalnej pustce i
zatracaniu się w cielesności. Po drugie – większy szok film wywołałby,
gdybyśmy dowiedzieli się jednak, co takiego było katalizatorem stanu
Sissy i jej brata w momencie, gdy ich poznajemy. Jak dla mnie”Shame” to
dobry film z przebłyskami – po cichu liczyłam na arcydzieło, wiec trochę
się jednak rozczarowałam.
Ogólnie Fassbender miażdży, jak zresztą
we wszystkich rolach, jakich się tknie, ale wielką niespodziankę
sprawiła mi Mulligan. Do tej pory znałam ją z ról eterycznych,
delikatnych blondyneczek, unoszczących się po tej jasnej, dobrej stronie
życia, a tutaj taki wulkan! Mega rola!
sobota, 24 marca 2012
"Mirror, mirror" czyli "Bajka dla wybrednych"
Śnieżka miażdży. Oczywiście żadne z tego
kino moralnego niepokoju, ale wielkie brawa dla reżysera za stworzenie
pozytywnej, radosnej i mądrej opowieści. T. Sighn perfekcyjnie balansuje
na granicy klasycznej opowieści i autoparodii, nie popadając nawet na
chwilę ani w nachalne moralizatorstwo ani w tandetną wulgarność. „Mirror
mirror” to film z jednej strony taktowny, pełen dobrego smaku, z
baśniowym klimatem i galerią pełnokrwistych postaci – ku uciesze dzieci,
z drugiej zaś strony pełen subtelnych, zabawnych aluzji, delikatnie
pulsujących gdzieś pod powierzchnią – ku uciesze dorosłych.
I tak sobie myślę, że gdybym w ciągu
całego dotychczasowego życia obejrzała takich filmów więcej niż tych o
analnych gwałtach, rozdłubywaniu czaszek dłutem i kosmitach z dredami
polujących na ludzi, to nie wyrosłabym na taką rozchwianą emocjonalnie
socjopatkę ze zwichrowaną moralnością i przetyraną psychiką ;)
I byczyłabym się teraz u boku pewnego księcia z kwadratową szczęką w
dalekiej bajkowej krainie, zamiast wylewać w nocy łzy w poduszkę przez
psychopatów, złoczyńców, niegodziwców i innych ogólnie pojętych zjebów ;)
Także jeśli poczujecie przesyt
kontemplowaniem filmów o menelach gapiących się w sufit tudzież przesyt
wysysaniem mózgu, spowodowanym oglądaniem Transformers – to biegiem do
kina :)
PS. Cały seans myślałam „Ja chcę
Księcia!!!!!!!!!!!”, ale kiedy na koniec pojawił się dostojny i
niesamowicie seksowny Sean Bean w koronie i strojnym wdzianku, to
zmieniłam zdanie „Fuck yeah, ja chcę Króla!!!!!!!!!!!!!!! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)