Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w kinie. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2013

"Kings of Summer" czyli "Into the Wild w wersji soft"

I podany przeze mnie podtytuł uznajcie za wielki komplement. Bo „Królowie lata” prawdopodobnie nie leczą raka, nie nawracają Mormonów na Islam ani nie przesuwają gór – są za to idealnym przykładem filmu uspokajającego, kojącego i wywołującego pozytywne emocje. Taka lajtówka podana bez banału, ale też bez wzdęcia, okraszona  inteligentnymi dialogami, lekko ironicznym, ale nie nachalnym, bezpiecznym humorem i nieprzeszarżowanymi kreacjami aktorskimi. Do tego całość pięknie spięta chilloutową, krzepiącą muzyką i urokliwymi  zdjęciami. Magia w wydaniu na co dzień :)




środa, 28 sierpnia 2013

"Blue Jasmine" czyli "Woody Allen na (pół) poważnie)

 Nowy film Woody’ego Allena wypada nader poważnie na tle poprzednich kilku propozycji słynnego reżysera – po pierwsze daje do myślenia (czy ja też w obliczu katastrofy finansowej zostawiłabym sobie walizki Louis Vuitton ;) ), po drugie uczy (najpierw rozwiedź się ze zdradzającym mężem i zgarnij pół królestwa, a dopiero potem dzwoń po FBI), po trzecie  zmusza do poszukiwań (Filmwebie – skąd ja znam tego aktora???? aaa Boardwalk Empire, oczywiście!!!).
 
Oczywiście, że trywializuję, ale podobnie stara się postępować Allen, tworząc klasyczny komediodramat – rozpad i depresja głównej bohaterki skryte są pod zasłona zgrabnego, lekkiego humoru. Kiedy natomiast wyśmiejemy już z siebie cały śmiech – pozostaje uczucie głębokiego smutku, zadumy i goryczy. I muszę przyznać, że choć przynajmniej ze dwa wcześniejsze filmy egocentrycznego reżysera dawały do myślenia, to żaden nie zostawiał widza z takim poczuciem żalu i przygnębienia.

Myślę, że ze względu na typowy dla Allena humor i charakterystyczną neurotyczność postaci „Blue Jasmine” spodoba się każdemu wiernemu fanowi twórcy – natomiast ze względu na przekaz i doskonałą kreację narastającej depresji zaprezentowaną przez cudowną Cate Blanchett (Oscara tej pani!) ma szansę spodobać się też reszcie publiczności. Brawo! Jestem pod dużym wrażeniem!



sobota, 29 grudnia 2012

"Sinister" czyli "Horror obyczajowy"

Och, „Sinister” jest naprawdę, naprawdę, naprawdę przerażający. Nawet nie wiem, czy powinnam go oceniać, bo pół seansu przesiedziałam pod kołdrą albo z zamkniętymi oczami ;). O dziwo, ogromną cześć filmu stanowi watek obyczajowy oraz ekspozycja głównego bohatera i jego mozolnego śledztwa. Ethana Hawke’a  zaczynamy mimowolnie lubić i nie jest nam obojętny, jak 99% postaci w horrorach. No i kibicujemy mu, nie chcemy, żeby temu wzbudzającemu litość looserowi stała się jakaś krzywda :) W sumie poza sledztwem niewiele tak naprawdę na ekranie się dzieje – bohater łazi po domu z butelka whisky, w porozciąganym swetrze, ogląda cały czas te same taśmy (brrrrr), słyszy jakieś szelesty, widzi jakieś cienie – a my w tym czasie dosłownie robimy pod siebie ze strachu. Okresy między jednym „boom” a drugim są rozciągnięte do granic ludzkiej wytrzymałości i wypełnione tak mrocznymi, ambientowymi brzmieniami, że jęczymy, wijemy się i błagamy, żeby wreszcie coś skądś wyskoczyło, by choć na maluśką chwile ciśnienie opadło. Nie lubię filmów o demonach, duchach, zmarłych dzieciach z podbitymi oczami które szlajają się po korytarzach nawiedzonych domów, ale wbrew pozorom w  „Sinisterze” jest tego jak na lekarstwo. A najlepszą rekomendacja niech będzie opinia MPAA – filmowi kręconemu pod PG13 (czyli bez cycków, flaków, fucków – no dobra, dwa dozwolone, ale nie w kontekście seksualnym ;) i innych zwyrodnień piętnowanych przez księży z ambony), który w dodatku te wymagania PG13 spelnił i tak przyznała „eRkę”, w uzasadnieniu podając, ze „film jest zwyczajnie zbyt straszny”:D.





piątek, 28 grudnia 2012

"Hobbit" czyli "Krasnoludzie ścierwo"

„Hobbit” jest dłuuuugi, nudny, rozwleczony, infantylny – czyli dokładnie taki, jak się tego spodziewałam ;) . Nie podejrzewałam jednak, że będzie tak nieangażujący emocjonalnie. No bo jak można się przejmować losami bohaterów, skoro z wszelkich opresji wychodzą zawsze bez szwanku tylko dzięki przybiegającemu w ostatniej chwili Gandalfowi? Bo gdyby nie jego interwencje to  wszyscy zginęliby na lajcie w 30 minucie opowieści. I potem w 60 minucie, 90, 120 i tak do końca filmu… Zieeew.

Lubię kino czysto rozrywkowe, nastawione na „pure fun”, potrafię wiele usprawiedliwić konwencją i naprawdę mogłabym sobie po prostu bez większego bólu i zaangażowania oglądać śliczne obrazki i cieszyć oczy 3 de sztuczkami (klasa, klasa) – niestety w „Hobbicie” uniemożliwiły mi to kloaczne żarty na poziomie warzyw. Nie wiem, może jestem już stara, a może połknęłam jakiś wyjątkowo długi kij w którymś momencie mojego życia, ale bekające krasnoludki i hobbit umazany w glutach wywołują u mnie  obrzydzenie, zażenowanie i natychmiastową chęć wyjścia z kina – a nie rozbawienie.

I tak – gdyby pozbawić „Hobbita” elementów tego rynsztokowego humoru i całość zmieścić w jeden film, a nie na siłę wydłużać, wciskając gdzie się da przenuuuuudne sceny (impreza w hobbickiej norze, czarodziejski „kongres” w mieście elfów, chyba 20 minutowa konfrontacja Baggins-Gollum), to powstałba przyjemna, ciesząca oko historia dla całej rodziny. No a tak nie powstała.
I chciałabym napisać „nieee, weźcie nie idźcie na to, nie warto”, ale przecież i tak pójdziecie ;)



niedziela, 23 grudnia 2012

"Lawless" czyli "Oldman robi rożnicę"

Nakręcony „po bożemu”, na poważnie, bez odrobiny postmodernizmu. Idealnie oddaje  klimat wiejskiego zadupia z czasów prohibicji (albo przynajmniej moich o nim wyobrażeń ;) ).  Do tego wyśmienita  ekipa aktorska: Hardy harczy jak rasowy wieśniak, Szyja udowadnia, że wcale nie jest aż taki transformers, Clarke jest dziki i nieokrzesany, Pearce diaboliczny i obleśny, a Chastain i Wasikowska  naprawdę nie przeszkadzają, co często ma miejsce w przypadku ról żeńskich w filmach z założenia męskich i kipiących testosteronem.

I dopiero kiedy na dosłownie dwie minuty pojawia się Gary Oldman i „robi rożnice”, bo swoją charyzmą dosłownie rozsadza ekran przez co zwiększa poziom epickości dziela do +miliard, zadajemy sobie pytanie, wtf, kim są w ogóle ci pozostali aktorzy? I po co ich w ogole pokazywać, skoro jest Gary, c’moon!? I gdzie oni uczyli się grać? W kółku teatralnym przy szkółce niedzielnej?  ;) I tak wygląda różnica między aktorem wyśmienitym  a aktorem kultowym ;)

Ale to taka moja mała dygresja, mająca na celu pokazanie mojego ponadnaturalnego uwielbienia dla  Gary’ego Oldmana. A film naprawdę zacny.





piątek, 21 grudnia 2012

"Anna Karenina" czyli "Świat jest teatrem"

Nie ośmielę się nazwać „Anny Kareniny” „omszałą powieścią”, ale muszę przyznać, że reżyser Joe Wright tchnął w dzieło Tołstoja nowe życie.  Niebanalne i bardzo oryginalne przedstawienie opowieści jako sztuki teatralnej przydaje jej mnóstwo świeżości.  Do tego zmieniająca się jak w kalejdoskopie scenografia nadaje filmowi niesamowitego rytmu, dzięki któremu widz biegnie, wiruje, wręcz tańczy razem z przedstawioną historią (scena balowa – Chryste Panie – magia po stokroć!).

Niestety, kiedy ciężar opowieści rośnie i z uroczej, obyczajowej historyjki ma zmienić się ona w angażujący dramat, rady nie dają odtwarzający główne role aktorzy. Grająca tradycyjnie cały film jedną miną K. Knightly potrafi jedynie zirytować, a fircykowaty  A.T. Johnsson robi się drewniany i nieautentyczny. Radę daje natomiast Jude Law, obsadzony w dość niespotykanej dla siebie roli i jedynie jego postać wzbudza jakieś emocje (czy podejrzewaliście kiedykolwiek, że może być taki aseksualny???? ;) ). Dobrze wypada też drugi plan.

Mimo wszystko  niezwykła forma na pewno wyróżnia „Annę Karenine” na tle innych filmów kostiumowych i z czystym sumieniem mogę polecić seans. Natomiast jeśli szukamy historii o  rozdarciu moralnym, definicji  grzechu i odwiecznym zadawaniu sobie pytania „warto/niewarto” – literacki pierwowzór miażdży film Wrighta z kretesem.




środa, 19 grudnia 2012

"7 Psychopaths" czyli "Jak powinno się kręcić komedie"

Ależ ja uwielbiam takie filmy! Takie, które potrafią bawić się same ze sobą, zabawnie łamać konwencję, by potem uroczo jej ulegać, mrugając okiem do widza. Takie, w których absurd goni absurd, dialogi mimo całego swojego „bycia cool” wypadają naturalnie, a głupkowate motywy łączące się w niewiarygodne wątki naprawdę doprowadzają do niekontrolowanych wybuchów śmiechu u widza, nie obrażając jednak jego inteligencji (czyt. żadnego bekania i glutów z nosa ;) ). Takie w których widać, że podczas kręcenia przyjemnie iskrzyło, a aktorzy doskonale wpasowali się w konwencję i  świetnie bawili się na planie.

I nie, nie nakręcił tego Quentin „ale jestem super-wyluzowany i wcisnę nachalnie w każdy dialog 20 nawiązań do popkultury” Tarantino. Twórca jest mniej znany, świeższy, naturalniejszy i w swoim czterdziestoletnim życiu zdążył stworzyć już takie boskie dzieło jak niedoceniony w Polsce „In Bruges”. Martin McDonagh, proszę Państwa. Wpisuję go na moja listę „bacznie obserwowanych” ;) PS. Uwielbiam sposób, w jaki C. Farrell wymawia słowo „fuck”:)



sobota, 1 grudnia 2012

"Moonrise Kingdom" czyli "Magia od Wesa Andersona"

Znacie Wesa Andersona? Ależ ten facet ma poczucie humoru – inteligentne, delikatnie absurdalne, leciutko ironiczne, takie jakby ciut zawadiackie.

A wiecie, jakie filmy najbardziej lubię? Te subtelnie wypełnione od spodu dziwną magią, czarem, blaskiem; takie, w których bliżej nieokreślone „coś” pulsuje pod powierzchnią – trochę tajemniczo, trochę przyciągająco, trochę złowieszczo.

A co może powstać, kiedy obdarzony idealnym poczuciem humoru reżyser-wizjoner stworzy taki właśnie film? No na przykład „Moonrise Kingdom”.

Słodko-gorzka, mocno nostalgiczna, pozbawiona sztampy, urokliwa, nasycona cudownością, podszyta baśniowością, lekka, ale nie banalna historia. O zderzeniu dziecięcej naiwności i wiary w spełnienie marzeń ze zgnuśnieniem, biurokracją, monotonią, rezygnacją u dorosłych. Tematyka może niezbyt odkrywcza, akcja – może nawet schematyczna, zgoda. Jeśli jednak do całości dodamy niebywały talent Andersona do snucia historii, brak napuszenia, perfekcyjnie wystylizowane kadry i okrasimy całość elektryzującą muzyką, powstanie idealne połączenie kina artystycznego z komercyjnym. Dla mnie bomba.



piątek, 23 listopada 2012

"Skyfall" czyli "Wizualna orgia"

W sprawie „Skyfall” powiem tyle – ZDJĘCIA, ZDJĘCIA, ZDJĘCIA (Szanghaj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Płonąca Szkocja!!!!!!)!!!!!!!! Aż sprawdziłam sobie kto odpowiada za popełnienie tych arcypięknych kadrów – otóż mój nowy idol nazywa się Roger Deakins i gdybym miała tusz w drukarce, to prawdopodobnie wydrukowałabym sobie jego zdjęcie, powiesiła nad łóżkiem i co rano odprawiała nabożeństwa ku Jego chwale.

A sam Bond – łazi nieogolony, ale po skoku na pociąg poprawia mankiety ;) , pije Heinekena, otrząsnął się już po śmierci Vesper i powrócił do zaliczania wyjątkowo ślicznych kobiet – good for him :)
Do tego pełno w filmie tak zwanych „smaczków” dla miłośników serii, wielka frajda – jestem fanką takich zabiegów, a cała historia 007 zatacza w pewnym sensie koło i ciekawie się zazębia, dobrze rokując na przyszłość.
Do tego +miliard za Q i sprowadzenie jego postaci do takiej nieco (w sumie bardzo ;) ) nerdowskiej konwencji :)
Jedyny zgrzyt to dla mnie Bardem – rola przeszarżowana, zbyt groteskowa, będąca nachalną kalką Jokera z TDK, pasująca do Bonda jak pięść do nosa. Ale nvmd. I tak wyszłam nasycona i zadowolona :)



wtorek, 25 września 2012

"Savages" czyli "Zioło, kartele i nogi Blake Lively"

Swoimi ostatnimi dokonaniami Olivier Stone wyrzucił siebie z hukiem z listy moich topowych reżyserów (pewnie nad tym strasznie ubolewa i musi chodzić do psychoterapeuty ;)) i na „Saveges” śliniłam się tylko ze względu na Blake Lively – mój aktualny numer jeden na liście kobiet, które mnie inspirują.

Tymczasem jest naprawdę świetnie! Oldskulowo, bezkompromisowo, brutalnie, w starym stone’owskim stylu, z odrobiną psychodeli i wiksy, ale przy tym bardzo świeżo. „Saveges” przywodzi na myśl kultowe „U-turn”, a w pewnych momentach nawet troszkę „Urodzonych morderców”.

Blake robi to, co ma robić – jest piękna, fajnie wypada Kirch jako koleś, którego ewidentnie jara rozwałka i wojna, tarmosi również zazwyczaj nietrawiony przeze mnie Travolta, kradnąc kilka scen, ale prawdziwą jazdę urządza Benicio del Toro w roli obleśnego psychopopaty-zwyrola. Mrał.
Do tego orzeźwiający, energetyczny soundtrack, w którym fajnie przeplatają się świeże, letnie kawałki z elektronicznymi, czystymi dźwiękami i nawet odrobiną meksykańskiego hip-hopu. Super, polecam.


wtorek, 18 września 2012

"Bachelorette" czyli "Jedna Kirsten Dunst wiosny nie uczyni"

Skrupulatne wypełnianie postanowienia o 50 filmach w kinie w tym roku musiało w końcu doprowadzić mnie do obejrzenia filmu, na który w normalnych warunkach wołami by mnie nie zaciągnięto. Poza tym powszechnie wiadomo, ze jestem ogromną fanką ślicznej buźki Kirsten Dunst, więc uznałam, że to dobra okazja, by przełknąć dumę i spróbować się dobrze bawić.

No i się nie dało. Film, jak można się było spodziewać, nie ma żadnego sensu, ładu ani składu, ale przede wszystkim produkcja ta zupełnie nie śmieszy. Naprawdę starałam się wyluzować i znaleźć jakiś punkt zaczepienia, by to wytrzymać, ale żenujące dialogi, szczególnie te dotyczące seksu (czyli 80% filmu), osiągały z każdą minutą wyższy poziom dna, a na mojej twarzy zamiast uśmiechu malowało się tylko jedno wielkie WTF???. I to nie jest tak, że nie potrafię się dobrze bawić na głupiutkiej komedii – bo naprawdę czuję wielką radochę oglądając „Road Tripp”, czy „There’s sth about Mary” np.

To że film był masakrycznie słaby jakoś bym przełknęła, ale nie potrafię przełknąć reakcji widowni, która UMIERAŁA ze śmiechu co 2 minuty… Patrzyłam i słuchałam z niedowierzaniem :/ Serio, ludzie, naprawdę??? I opuściłam salę zniesmaczona nie tyle samym filmem, co kondycją widowni – choć po wysłuchaniu słynnej rozmowy typiarskiej pary przed „Safe Housem”, o której pewnie wielu z Was opowiadałam, co ja się głupia jeszcze dziwię…

Jedynie Kirsten Dunst daje radę i zapiera dech w piersiach. Piękna, cudowna, zniewalająca.



piątek, 31 sierpnia 2012

"The Amazing Spiderman" czyli "Blockbuster roku"

Z trzech wielkich i niecierpliwie wyczekiwanych letnich blockbusterów TAS-M podobał mi się najbardziej. O żenadzie „Prometeusza” nawet nie chce mi się wypowiadać. Batman jak to u Nolana – niby fajnie-fajnie, ale zabija go ta pseudo-realistyczna konwencja w połączeniu z miliardem idiotyzmów, jakimi naładowany jest scenariusz. Natomiast nowy Spiderman jest lekki, nienadęty, zabawny, emocjonujący, sprawnie nakręcony – idealna adaptacja komiksu. A Garfield w roli Parkera to po prostu przekozak!!! Niby delikatny, niby nieśmiały, niby wycofany, ale jak daleko mu do przerysowanej ciapowatości Maguire’a, która tak mnie wkurzała w Spidermanach od Raimiego. Wypas, no.



czwartek, 30 sierpnia 2012

"Cosmopolis" czyli "Anty-odyseja"

„Można nakręcić film bez przemocy i seksu, tylko po co?”, „Uwielbiam seks jako chorobę weneryczną. Identyfikuję się z pasożytami wywołującymi gorączkę seksualnej agresji” – te cytaty dla mnie najtrafniej definiują Cronenberga jako twórcę. Jego wczesne filmy przepełnia perwersyjny, ocierający się o pornografię seks, wyuzdana przemoc, obrzydliwa, odrażająca fizyczność, obraz świata jako sennego koszmaru i mocno odhumanizowana wizja zgniłego, rozkładającego się społeczeństwa. Powstają przez to twory odpychające i magnetyzujące zarazem. Takie, które można raz uznać za wybitne, a potem już nigdy w życiu nie chcieć do nich wracać.

Taki też jest „Cosmopolis” – z jednej strony przepełnia go filozoficzny bełkot, z drugiej strony bełkot ten niebezpiecznie wciąga i fascynuje. Z jednej strony śmiertelnie przynudza, z drugiej strony przynudzanie to niesamowicie hipnotyzuje. Z jednej strony irytuje zblazowanym wyrazem twarzy Pattinssona, z drugiej strony ten wyraz twarzy można uznać za jedyny słuszny, mający prawo się pojawić w odpowiedzi na wpychającą się ze wszystkich stron do limuzyny bohatera rzeczywistość.
Cronenberg stworzył surrealistyczną, okrutną, postmodernistyczną odyseję, przestylizowaną, kiczowatą i prowokującą – nie jest to kino dla każdego, ale ja takiego Cronenberga uwielbiam i chłonę od lat. Przez skórę i wszystkimi dostępnymi zmysłami.





piątek, 3 sierpnia 2012

"The Awakening" czyli 'Dominic West na tropie duchów"

Spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, bo ogólnie nie lubię filmów o duchach. Ten postanowiłam obejrzeć tylko ze względu na obsadę. Jedną czwartą przyjemności z seansu odbiera coprawda reklamowanie „Szeptów” jako „w stylu Innych”, przez co pewne twisty wydają się oczywiste już od początku i nie ma jakiegoś szczególnego kopa w głowę na końcu, ale cała reszta – full wypas. Nieziemski klimat, piękna muzyka i uroczo przewrotne zakończenie (uwielbiam je!). A największe brawa dla speców od castingu – wszystkie role obsadzone perfekcyjnie!

No i wkręcił mi się na tyle, że nawet sny miałam w temacie, za co wielki plus, bo raczej jestem na takie rzeczy odporna ;)



wtorek, 26 czerwca 2012

"Hodejegerne" czyli "Perła w morzu skandynawskiej kupy"

Musiałam trochę ochłonąć i przejrzeć dokładnie listy, ale oznajmiam radośnie, iż na półmetku moich kinowych zmagań, trafiłam wreszcie na prawdziwą perłę :) Nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że o wizycie w kinie przesądziła obecność w trajlerach Nikolaja „Kingslejera” Coster-Waldau i aż nie chcę myśleć, co bym przegapiła, gdyby moje kobiece upodobanie do niepodciętych i niedogolonych blondynów nie wzięło góry nad torsjami jakich dostaję na dźwięk słów „skandynawskie kino” :D
W „Łowcach Głów” uwodzą nas pełnokrwiste, świetnie rozpisane i genialnie zagrane postacie, wciąga niebanalna intryga, oparta na pięknie rozrzuconych po lodówkach i szafach tropach, które cudownie połączą się w finale ku uciesze gawiedzi, urzeka płynne przejście z konwencji sterylnego heist movie do rasowego survivalu, dodaje smaku szczypta klasowego gore… Najważniejszą sprawą jest jednak główny bohater – szczerze polubiłam gościa od pierwszej sekundy i całym sercem i duszą, obgryzając paznokcie i gryząc usta do krwi, kibicowałam mu – ile sił – walcz!!! broń się!!! uciekaaaaj!!!! TAK TYYYyyy, który masz 168 cm wzrostu!!! A NIE ty 190 centymetrowy Jaime Lannisterze!!! ;)

Jeszcze w grudniu byłam pewna, że takie emocje i pierwsze miejsce w półrocznym rankingu ma zaklepane Fincher i jego adaptacja książki nieboszczyka Larssona – a tu proszę – film na podstawie prozy nie-nieboszczyka Jo Nesbo wygrywa w przedbiegach. Norwegia-Szwecja 1:0 :)



piątek, 25 maja 2012

"Iron Sky" czyli "Kosmonazistyczne jaja"

Jeśli film z założenia ma być głupi, to naturalne jest, że pewne rzeczy wybacza mu się bez przeszkód i zwala wszystko na konwencję. Infantylna treść – wybaczona, schematyczni do bólu bohaterowie – wybaczeni, akcja w której banał goni banał – wybaczona… Niestety, mimo szczerej sympatii do tej produkcji (sfinansowanej w dużej mierze przed fanów!) nie da się przejść do porządku dziennego nad nieporadnością reżysera, który średnio radzi sobie ze stopniowaniem akcji i wytwarzaniem napięcia. Dużo scen jest po prostu zbyt wolnych, muzyka nie współgra z filmem i na ekran zwyczajnie wkrada się nuda. A nuda jak powszechnie wiadomo – zabija. Mimo wszystko fajnie, że w Europie potrafi powstać film kręcony bez połkniętego przez twórców kija, do tego z techniczną stroną (w tym CGI) na naprawdę hollywoodzkim(!) poziomie.

I jak na film, przed którego seansem miał miejsce dialog: „Myślałam, że Ty chciałeś iść na ten film” „A ja myślałem, że to Ty chciałaś iść na ten film” – to całość i tak wypada na plus i jest całkiem spoko ;)


sobota, 28 kwietnia 2012

"The Cabin in the Woods' czyli "Balsam dla duszy horroro-freaków"

Aaaaaa! Super zabawa konwencją dla miłośników slasherów! Czyli co się dzieje, kiedy nie można nigdzie znaleźć durnej blondynki, głupek nie jest wcale taki głupi, teoretycznie tępy osiłek kończy renomowaną uczelnię, a dziewica… cóż, nie jest dziewicą ;) Dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie. I korytarz rodem z Lśnienia wypełniony krwią po brzegi – iście orgazmiczny obraz dla takiego slasherowego freaka jak ja!!! I Pinhead! AAAAA! A mój przyszły mąż musi posiadać poziom charyzmy przynajmniej zbliżony do Chrisa Hemswortha – bo doścignięcie go jest – nie wahajmy się użyć tego słowa – niewykonalne. Polecam. Bardzo bardzo. Amen.



środa, 25 kwietnia 2012

"We Bought a Zoo" czyli "Scarlett dawno nie wyglądała tak pięknie"

Prawda jest taka, że czułam się niejako zmuszona do obejrzenia tego filmu – wiadomo, Scarlett. Niezręcznie mi szło proponowanie wyjścia nań koleżance, a wymawiając tytuł przy kasie, byłam mocno zażenowana… Tymczasem – kurde – nie wierzę, że to piszę, ale film, który zapowiadał się na opowieść do kotleta o 13:00 w niedzielę na Polsacie, okazał się wręcz uzdrawiający. Duża zasługa w tym na pewno sprawnej ręki Camerona Crowe’a – reżysera, który jest prawdziwym specjalistą w mówieniu o uczuciach. Do tego urzekająca damska część obsady – Scarlett dawno nie wyglądała tak ślicznie, a u jej boku błyszczą świeżutka jak wiosna E. Fanning i słodziutka jak miś koala M.E. Jones. I nawet Matt „Drewno” Damon w roli przeciętnego faceta daje radę! Do tego cudowna, co ja gadam – przecudowna muzyka Sigur Ros! Historia to prosta, bardzo naiwna, ale opowiedziana z takim taktem i ciepłem, że człowiekowi maluje się uśmiech na twarzy… i na duszy. Na moją wiosenną depresję – idealny lek.




czwartek, 29 marca 2012

"Shame" czyli "Ale o co ten szum?"

Po seansie towarzyszyło mi pytanie – o co właściwie cały ten szum? Po pierwsze średnio mnie przekonuje teza o seksoholizmie Brandona, jakieś to naciągane trochę. Super przystojny, singiel, z kupą kasy – kto na jego miejscu nie zachowywałby się tak samo? Bardziej widzę „Shame” raczej jako film o emocjonalnej pustce i zatracaniu się w cielesności. Po drugie – większy szok film wywołałby, gdybyśmy dowiedzieli się jednak, co takiego było katalizatorem stanu Sissy i jej brata w momencie, gdy ich poznajemy. Jak dla mnie”Shame” to dobry film z przebłyskami – po cichu liczyłam na arcydzieło, wiec trochę się jednak rozczarowałam.

Ogólnie Fassbender miażdży, jak zresztą we wszystkich rolach, jakich się tknie, ale wielką niespodziankę sprawiła mi Mulligan. Do tej pory znałam ją z ról eterycznych, delikatnych blondyneczek, unoszczących się po tej jasnej, dobrej stronie życia, a tutaj taki wulkan! Mega rola!



sobota, 24 marca 2012

"Mirror, mirror" czyli "Bajka dla wybrednych"

Śnieżka miażdży. Oczywiście żadne z tego kino moralnego niepokoju, ale wielkie brawa dla reżysera za stworzenie pozytywnej, radosnej i mądrej opowieści. T. Sighn perfekcyjnie balansuje na granicy klasycznej opowieści i autoparodii, nie popadając nawet na chwilę ani w nachalne moralizatorstwo ani w tandetną wulgarność. „Mirror mirror” to film z jednej strony taktowny, pełen dobrego smaku, z baśniowym klimatem i galerią pełnokrwistych postaci – ku uciesze dzieci, z drugiej zaś strony pełen subtelnych, zabawnych aluzji, delikatnie pulsujących gdzieś pod powierzchnią – ku uciesze dorosłych.

I tak sobie myślę, że gdybym w ciągu całego dotychczasowego życia obejrzała takich filmów więcej niż tych o analnych gwałtach, rozdłubywaniu czaszek dłutem i kosmitach z dredami polujących na ludzi, to nie wyrosłabym na taką rozchwianą emocjonalnie socjopatkę ze zwichrowaną moralnością i przetyraną psychiką ;) I byczyłabym się teraz u boku pewnego księcia z kwadratową szczęką w dalekiej bajkowej krainie, zamiast wylewać w nocy łzy w poduszkę przez psychopatów, złoczyńców, niegodziwców i innych ogólnie pojętych zjebów ;)

Także jeśli poczujecie przesyt kontemplowaniem filmów o menelach gapiących się w sufit tudzież przesyt wysysaniem mózgu, spowodowanym oglądaniem Transformers – to biegiem do kina :)

PS. Cały seans myślałam „Ja chcę Księcia!!!!!!!!!!!”, ale kiedy na koniec pojawił się dostojny i niesamowicie seksowny Sean Bean w koronie i strojnym wdzianku, to zmieniłam zdanie „Fuck yeah, ja chcę Króla!!!!!!!!!!!!!!! :)